Stał wieczorem
niedaleko kominka, tam gdzie zwykle lubił spędzać po pracy czas, kiedy
był tylko samotny, i ogrzewał zmarznięte dłonie. Obok niego siedział
jego ulubiony pies. -Jacy głupcy- mówił do niego wnuczek starego pana
Freuda. Niczego nie zrozumieli z tego co mówił i pisał mój dziadek.
Podobnie jak i nie znają, nie wydanych nigdzie prac, mojego
dziadka Zygmunta.
A wielka szkoda. Myśląc tak,. patrzył jednocześnie na powieszony na
ścianie obraz, którego jeszcze nie skończył malować, i któremu chciał
się przyjrzeć, robił tak zwykle z nie skończonymi przez siebie
pracami.Wpatrując sie w nie całymi godzinami.
Kolory nałożonych na płótno farb, były niezwykle żywe, a namalowane psy
ruchliwe i wygięte, biegły, tak jakby chciały wyskoczyć z ram obrazu i
pobiec za ptakiem którego goniły.
On malował aby studiować naturę zwierząt, ich instynkty i popędy, A
studiując instynkt zwierząt, dowiadywał się czegoś o ludziach, a
najbardziej o sobie.
“Człowiek to takie zwierze ukryte w futrze nagiej skóry”,
-mawiał. do znajowych, kiedy tylko miał dobry humor. A śliskość
ludzkiej skóry powoduje że trudno tak jak na powierzchni posmarowanej
olejem, zawiesić na człowieku dłużej wzrok, głębić się w niego bardziej
i czegoś więcej się o nim samym i o jego naturze dowiedzieć.
Umysł więc ślizgał się po skórze człowieka, i pozostawał milczący nie
dając żadnej odpowiedzi, jacy naprawdę jesteśmy. I kim jesteśmy.
Pozostawały tylko pytania bez odpowiedzi.
Było to dla niego oczywiste, że każdy człowiek pracuje po to aby
poznawać siebie, bo praca jest tym rodzajem aktywności dzięki której
poznajemy siebie, i dowiadujemy się czegoś o sobie.-Oczywiście
realizujemy i spełniamy też, mój drogi ukochany psie [mówił do
swojego ukochanego wyżła, uśmiechając się cały czas, a ten uradowany
machał ogonem], nasze potrzeby, obowiązki, a czasami nawet i
marzenia. No zarabiamy także pieniądze, niezbędne nam do życia, i co
niektórzy, a przynajmniej ci co bardziej nierozgarnięci mają możliwość
na zajęcie się czymś pożytecznym, absorbującym ich umysły. -Prawda
?- zapytał psa, a pies jakby potwierdzająco
zaszczekał. -Niektórzy bezgranicznie wierzą Jungowi, i mówią ze
wszystko jest symbolem. Inni znowu utrzymują że człowiek to zwierzę
typowo społeczne i wszystkiego wyuczyć się musi od innych podczas
okresu dojrzewania, niekiedy zwanego przez nich tresurą.
A więc dla celów obserwacji i naukowego eksperymentu założył
niedaleko starej oficyny małą psiarnię, obserwując zachowania psiego
stada, złożonego z kilku dorodnych wyżłów. Psiego stada w którym jak
wiadomo bardziej agresywne osobniki dominują nad słabszymi, narzucając
im swoje sposoby zachowań. One kontrolują jedzenie, hierarchię, a nawet
seksualizm. Niezależnie od tego trzymał psa o imieniu Henry na
wolności. Kundel Henry mógł się swobodnie poruszać po ogrodzie, a nawet
kontaktować z innymi psami. Wszystko co uznał za ciekawe wnuk Zygmunta
Freuda notował w swoim dzienniku zachowań, i porównywał zachowania psów
żyjących w grupie, Henrego i swojego żyjącego życiem pokojowca
ukochanego spaniela o imieniu Minerwa.
Po jakimś czasie wyników obserwacji nie uznał za zadawalające i
porzucił ten eksperyment.
Sprzedając psy z psiarni za całkiem przyzwoitą cenę.
Przez jakiś czas próbował też studiować naturę kotów, ale o tym wolał
nie wspominać nikomu. Plama zupełna i do tego strata czasu. Wstał i
podszedł do umywalki. Myjąc pędzle, myślał o pracach Karola Darwina.
Chciał też poznać jego słynnego a niedocenianego niestety wnuka, i
uścisnąć mu rękę. Nie mógł się tej chwili doczekać. Karol Darwin Wnuk
jawił mu się bowiem jako najwybitnieszy kontynuator dzieła....
Berkeleya.
Autor siedział w hotelu przy Berkley street, i zastanawiał się jak
wyglądać ma dalsza część opowiadania. W hostelu zamieszkał tylko
dlatego ponieważ ten obskurny budynek położony był przy ulicy
Berkeley i naprzeciw biblioteki jego imienia, co miało go jak wierzył
zbliżyć do swojego ulubionego filozofa. Siedział w hotelu, a raczej
leżał rozłożony na łóżku w wieloosobowym pokoju, brudnej i zawsze
ciemnej sali, na dodatek pełnej pijaków, -jedynego miejsca na
jakie było go obecnie stać. Leżał i szukał w swoim umyśle
jakiegoś punktu zaczepienia, Na pierwszy ogień poszedł jego
ukochany Berkeley, i jego fantastyczne teorie.Otóż musicie wiedzieć że
Berkeley, na tyle na ile autor zrozumiał filozofa, uważał że żyjemy [
istniejmy ] w Umyśle Boga, i w związku z tym jesteśmy jak gdyby
jego częścią, lub też raczej zawieramy się w nim, chodząc w nim i
poruszając się. Z kolei świat widzialny jest niczym innym jak częścią
naszego umysłu, i wszystkie przedmioty jakie widzimy są także nim.
Naszym umysłem jest więc tak powszechnie wyszydzany przez niektórych
krytyków jego prac kamień i mijane przez nas domy, kamienice i drzewa
na równinach. Potem jakby z obawy przed wyśmianiem zaczął wycofywać się
ze swoich teorii. Prawdę mówiąc nie chodziło nawet o ośmieszenie przed
tak zwaną opinią publiczną "towarzystwem", ale o groźbę uznania go za
szaleńca albo obłąkanego. Jak bowiem materialne obiekty mogą być
tworami psychiki lub elementami przeżycia?
On w każdym razie wierzył w to głęboko że rzeczy i obiekty świata
widzialnego są zaledwie częścią niezbadanego i niezgłębionego umysłu,
którego posiadaczem miał przyjemność być.
Nie rozumiał oczywiście wszystkiego, na przykład czy zjawiska są
przesyłane za pomocą jakichś tajemniczych umpulsów do człowieka przez
Boga, dlaczego widzi teraz akurat to co widzi, i spotykają go te a nie
inne rzeczy, a na ulicy mija właśnie tych a nie innych ludzi. Czy to
przypadek, czy też może przeciwnie, każda chwila ma jakieś głębokie
znaczenie i sens, -skioerowane właśnie dla niego i do niego.
Przykrył się kocem w trudnym do określenia kolorze i odrobinę już
nieświeżym sadząc po zapachu, i próbował dalej myśleć choć nie było to
łatwe, bo na sąsiednim łóżku spał pijany Egipcjanin z Kairu upalony
skunem, który właśnie rozstał się ze swoim włoskim przyjacielem Santo,
całkiem zresztą fajnym i sympatycznym gościem po całonocnym pijaństwie.
A w całym pomieszczeniu roznosił się zapach alkoholu.
-Muszę się mocniej skupić pomyślał i zrobił to W takich chwilach zwykle
robił, to znaczy gdy nie mógł zasnąć albo pragnął się skoncentrować i
skupić, zaczął rozważać Monadologię Leibnitza , -trochę tak
jak człowiek liczący barany, z tym że rolę bartanów pełniły tu teorię
filozoficzne..
Przewrócił się na drugi bok, a pijany Egipcjanin zachrapał. Czy aby na
pewno muszą istnieć rzeczy proste, -myślał- ażeby mogły istnieć rzeczy
złożone. Czy rzeczy złożone nie mogą powstawać od razu i natychmiast,
tak jak dajmy na to rodzi się słoń. W całej filozofii obserwujemy
tendencje do rozumowania w stylu że świat powstał z jednego punktu, ze
miał jakiś początek, i w związku z tym istnieje także jego koniec, że
rzeczy przechodzą od prostych do złożonych, że istnieje jakiś rozwój,
„ewolucja” i tak dalej. Po prostu może rzeczy złożone składają się z
rzeczy prostych i pojedynczych tak jak mur z cegieł. A świat powstał od
razu w jednej chwili, eksplodował pojawiając się w całej swojej pełni,
lub niby szybko rozwijająca się spirala. Albo też . [ jak według.
Karola Darwina Wnuka] wypromieniował ze świadomości pierwszych
ludzi.
Zrobiło mu się wstyd zaczął bowiem kwestionować poglądy drugiego ze
swoich ulubionych współczesnych filozofów. A filozofów współczesnych,
bądźmy szczerzy, specjalnie nie cenił. A tak naprawdę uznawał niewielu.
Praktycznie prawie żadnego.Zwlókł się z łózka i szybko, tak szybko jak
tylko mógł, aby nie spotkać właściciela geja Kolina, który zapytał by
go znowu -kiedy zapłaci- wyszedł, prawie wybiegł na ulice,
przeszedł obok biblioteki, i skręcił w lewo. Szedł teraz równolegle do
autostrady, aby przy moście skręcić w prawo w stronę głównej ulicy
miasta. Bardzo lubił tą ulicę.
Idąc już powoli uspokojony, układał w głowie opowiadanie:
Ale Karol
nie zgadzał się z poglądami dziadka, już od dzieciństwa wierzył że
świat stworzyła jakiś tajemnicza i potężna siła, nazywana przez ludzi
jak się później dowiedział, Bogiem. Chociaż dziadek pod koniec
życia stawał się coraz bardziej religijny, i nie podzielał już swoich
poglądów z lat wcześniejszych, mało tego żartował sobie nawet czasami z
nich. Mówił wtedy -no patrzcie zobaczyłem rano swoją twarz w lustrze i
pomyślałem że człowiek pochodzi od małpy, ale nie wszyscy, moi kochani
nie wszyscy, na przykład moja zawsze piękna żona nie. Zaledwie
niektórzy, i to tylko mężczyżni- po czym zaczynali się śmiać z
żartu dziadka. Wtedy dodawał: -moi drodzy musicie wiedzieć że jestem do
niej [ to znaczy do małpy ] niezwykle podobny, moja żona musiała
mnie bardzo kochać albo…..- tu zawieszając głos- musiała być ślepa, bo
ja niczego w sobie ciekawego ani godnego uwagi nie znajduję-
dodawał z zamyślonym i nieco smutnym głosem. W takich chwilach
przypominał też sobie że zapomniał poinformować o rzeczy całkiem dla
niego oczywistej, chociaż nie dla wszystkich.
Czyli po prostu o tym że odkrywcą większości jego naukowych
teorii był jego dziadek, a on jedynie je rozwinął. Rozmyślał wtedy o
ludzkiej naturze i o kondycji człowieka. Czy nie jesteśmy
podobni do małp?
-Gdy dorosnę- mówił do siebie mały wnuczek dziadka Karola,
siedząc na jego kolanach, -spróbuję wyjaśnić
religijne objawienia z “Pisma Świętego” w sposób naukowy, i pogodzić ze
sobą te dwa, skłócone ze sobą światy. Mianowicie świat racjonalnego
paradygmatu, który nie dość że urasta do rangi świętej i nieomylnej
doktryny, nowego świeckiego tym razem "objawienia wiary", i
religii Świat naukowych objawień, tak na prawdę nie jest wcale
czymś pewnym, bo na miejsce jednych objaśnień pojawiają się inne. A on
jakby robił sobie z nas żarty, on czyli świat lub jego Stwórca,
który ukrywa się przed nami. Dlaczego się ukrywa, i dlaczego świat wraz
z rozwojem naszych umysłów zmienia się wraz z nami , zupełnie jakby był
czymś płynnym?-* Więc z naukowego punktu widzenia przyjmijmy że
Bóg, stworzyciel widzialnego świata istnieje- rozumował wnuczek Karola
Darwina dalej -a jeśli chodzi o wiarę, muszę dodać że był jego
istnienia pewien, lecz nie to mam w tej chwili na myśli, ale chodzi mi
o wyłożenie w kilku najważniejszych punktach sposobu jego myślenia.
Więc zakładał:
a. że Bóg istnieje, i że stworzył świat
b. że prawdy o jego powstaniu zawarte w Piśmie Świętym są prawdziwe, to
znaczy że dzieła stworzenia mogło się zacząć od stworzenia Pierwszych
ludzi, Adama i Ewy, co wcale nie znaczy że wcześniej nie było
nic. Chodzi jedynie o to że najpierw powstał człowiek, a dopiero potem
inne biologiczne formy życia, czyli że ewolucja zaczęła się od nas
ludzi, a my już w chwili powstania byliśmy kompletni i całkowici. Choć
wraz z naszym rozwojem i wraz z rozwojem technologii a szczególnie
informacji ujawniają się w nas nowe możliwości i cechy, potencjalnie w
nas będące już wcześniej, ale uśpione i utajone, no może powiedzmy
leżące odłogiem, i cierpliwie, leniwie czekające na swoja
chwilę.
Czasami wieczorami patrząc w niebo usiane gwiazdami myślał, -czyż jest
to możliwe, aby tak kompletny świat, gdzie wszystko zazębia się o
siebie w każdym punkcie, mógł by powstać ot tak przez przypadek.
Przecież istnienie praw fizyki, ekonomi, i mechanika, oraz co
najważniejsze geny świadczą na korzyść teorii mówiącej o istnieniu
stwórcy wszechświata i9 jakiegoś założonego z góry planu. Kto by
zresztą zaprogramował tak fantastyczny system informatyczny jaki
stanowił nasz genetyczny kod? I gdy tak patrzył w dalekie
gwiazdy, a na dworze było już dawno ciemno, wtedy matka
wołała go na kolacje -synu krzyczała w jego stronę, czas na kolację,
samymi gwiazdami się przecież nie najesz-. Wtedy mały wnuczek Karola
szedł tak powoli jak tylko mógł do kuchni, i siadał przy stole,
naprzeciw okna, tak aby móc dalej obserwować niebo.
Będąc jeszcze dzieckiem dzieckiem, napisał krótkie opowiadanie, a
właściwie nowelkę
zatytułowaną
“Mechanika Kwantowa i jej ukryty Twórca”
W tym opowiadaniu Bóg dla zasady kosmicznego żartu, skrywa się
przed człowiekiem, aby go nauczyć że przywiązanie do czegokolwiek,
łącznie nawet z wiarą w istnienie Boga, jak i do Niego samego nie jest
rzeczą właściwą. Ponieważ przywiązanie ogranicza nas, sprawia nawet że
jesteśmy jak uwięzieni, im więcej mamy przywiązań tym bardziej jesteśmy
ograniczeni. Ale mało tego, On nie lubi też gdy się w nadmiernym
stopniu lubimy oddzielać się od reszty wszechświata. Gramy jako jedna
drużyna, jakby chciał powiedzieć. Jako jedna kosmiczna drużyna i
strzelamy do jednej kosmicznej bramki, nie oddzielając się bez powodu i
nadmiernie, ani też nie odrzucamy swojej niepowtarzalności.
Całość złożona z poszczególnych świadomych siebie fragmentów, niby
niebo pełne gwiazd, albo ogród pełen najpiękniejszych drzew i
kwiatów.
-Puść więc wszystko, niech niby woda przepływa przez ciebie
doświadczanie świata i porzuć wszystko- jakby mówił do
ludzi, a może i do wszystkich istot. -Ale porzucając nie zapomnij
porzucić naprawdę wszystkiego, łącznie z niewiarą, zniechęceniem, i z
wątpliwościami i bądż jak zimowe drzewo bez żadnego liścia.
Urodziłeś się z pustymi rękami i z takimi musisz chodzić bez trzymania
się czegokolwiek-
[zrzucanie liści, czyli starych fałszywych poglądów - to jesień,
a czysta nie zmącona niczym przestrzeń to zima, tak napisał na
marginesie zeszytu mały wnuczek Karola]
Kiedy dajmy na to Bóg uznał że ludzie stali się zbyt przywiązani do
świata materii, zesłał wtedy w ramach kosmicznej nauki potop, aby
ludzie zrozumieli że wszystko co złożone z materii jest nietrwałe i nie
należy się tak histerycznie do niej przywiązywać. Tak naprawdę to cały
czas udziela nam inspiracji i nauk, kiedy zbyt wykraczamy poza naszą
drogę życia.
Podobnie było z dekonstrukcją Wieży Babel.
Równie dobrze mógł się przed nami ukrywać dla żartu, aby życie nie było
zbyt nudne. Ale próby udowodnienia istnienia Boga mogły być
spowodowane, chęcią naprawienia błędów dziadka, i zminimalizowania
szkód jakie jego teorie przyniosły.
Opowiadanie wydało mu się głupie kiedy tylko podrósł. Miał wtedy
czternaście lat i uznał ze jest już zbyt dorosły, spalił je więc.
Najpierw podarł zeszyt a następnie wrzucił go do pieca w kuchni,
prosto na rozżarzone węgle, patrząc jak kartki zmieniają kolor a ciągi
pisanych długopisem liter znikają.
-------------------
opowiadanie jest fikcją literacka, w tym sensie że nie nic
wspólnego z autetycznymi przerzyciami postaci w nim występujących, to
znaczy wnuczkami pana Freuda i Darwina
XXX
Mając dużo wolnego
czasu myślał stojąc na parkingu przed Zakopianką.
Gdzie właśnie dostał parę dni temu pracę. Dokładniej należałoby napisać
że stał przed centrum handlowym o nazwie „Zakopianka”, położonym
niedaleko ulicy Zakopiańskiej, od którego to centrum wzięło nazwę, a
samo centrum składało się w zasadzie na zespół kilku
marketów.
Praca nie była zbyt wysoko płatna, zaledwie pięć złotych na godzinę,
ale lepsze to niż siedzenie w domu i liczenie godzin które
mijają. Czasu w pracy miał naprawdę wiele, zamiatając asfalt przed
marketem modlił się, palił papierosy i przede wszystkim rozmyślał. A
oprócz tego mógł układać opowiadania i rozważać teorię filozoficzne.
Teraz zamiatając niedopałki przed drzwiami wejściowymi do budynku
zastanawiał się jak Karol Darwin Wnuk mógł wpaść na taki genialny i
prosty pomysł.
-Właśnie- zastanawiał się -dlaczego wszyscy, praktycznie
wszyscy i to prawie bez wyjątku, zaczynamy od punktu zero, tego
magicznego punktu „o” lub punktu jeden, zwanego też punktem początku.
Wiadomo że nie o liczby tu chodzi, ale o początek, [bo do teorii
pitagorejczyków, mówiącej że świat jest liczbą, i że wszystkie byty tak
naprawdę są „liczbą”, -specjalnie przekonany nie był, choć zgadzał się
za pomocą jakiejś liczby można wyrazić każdy istniejący we
wszechświecie obiekt, a jeśli chodzi o poglądy pitgorejczyków to te
wywodzące się z filozofii i mistyki orfickiej były mu najbliższe, a
więc wiara w wędrówkę, dusz, nazywana też migracją dusz, aż do pełnego
oczyszczenia i powrotu do Boga, jednocząc się z nim]
…czyli o to że „wszyscy”, noo prawie wszyscy, moment początku świata
lokują w tym momencie jeden. On pierwszy, czyli Karol Darwin Wnuk,
wpadł na to że początek mógł zacząć się później, a z duszy ludzkiej,
albo też jego umysłu, lub też jażni niejako wypromieniował i wyemanował
cały świat, albo i wszechświat, wybuchając i rozchodząc się w
różnych kierunkach, także i w czasie, czyli w przeszłość.
Konkretnie, jeśli dobrze to pojął, to Karol Darwin Wnuk, twierdzi że
Bóg stwarzył pierwszych ludzi, Adama i Ewę, a dopiero z nich
wyemanował i rozprzestrzenił się ich świat.Ale czy ten świat był
naszym wspólnym przeżywanym przez wszystkich światem, czy jedynie grą
ich umysłów i jaźni- tego niestety nie wiedział i nie rozumiał.
Rozmyślał, -jak połączyć oba ciekawe wątki,
rozpoczęte już
przecież w poprzednim opowiadaniu, -pierwszy z wnukiem Zygmunta Freuda
i ten drugi z wnukiem Karola Darwina. Jak można by te dwa wątki
“związać” ze sobą i niejako zlepić, i co może być tym łącznikiem. Może
przypadkowe spotkanie w jakimś dobrym klubie golfowym na przedmieściach
Londynu? Bilardowym? Albo pokaz i wystawa psów rasowych. Koni? Na polu
golfowym, polu nauki albo psychologii? Co ich obu łączyło? Bez
wątpienia- odpowiadał sam sobie -po pierwsze fakrt
posiadania znanego przodka.
Po drugie to że sami osiągnęli sukces, i co ważne nie poszli
śladami dziadków, ale wybrali własną drogę-
Kiedy przechodził obok niego szef, porzucał swoje
rozważania, i gorliwiej niż zwykle zabierał się do zamiatania parkingu,
a dokładniej zbierania niedopałków papierosów z jezdni. Praca była
niezbyt skomplikowana, niedopałki należało zamieść na szufelkę lub
łopatkę i wyrzucić do pobliskiego pojemnika na śmieci. Gdy szef mijał
go na bezpieczną odległość, powracał do układania opowiadania. Sama
praca, jak się nietrudno domyśleć i o czym napisałem juz
wcześniej, nie była zbyt skomplikowana, natomiast trudniej
było znieść pogardę ludzi jacy go mijali. Nie spodziewał się tego
wcześniej, i nie wiedział jaką role w naszym społeczeństwie
odgrywa status społeczny, wykonywany zawód, i miejsce w hierarchii.
Myślał że z chwilą powrotu do kapitalizmu każda praca stała sie na swój
sposób cenna
Ale jeśli niewiele zarabiasz, jesteś nikim i gwałtownie zaczynasz
maleć w oczach ludzi, tak jakby pieniądze były jedynym wyznacznikiem
wartości człowieka, i oczywiście związana z nimi pozycja, i władza w
stadzie, to znaczy chciałem napisać w hierarchii społecznej. Nigdzie
tego nie widział wcześniej. W tym katolickim i na pozór religijnym
społeczeństwie jedynym bogiem był pieniądz, bogiem wszechwładnym
monopolistą, zazdrosnym i nie znoszącym żadnej konkurencji, a
ludzie zachowywali się zupełnie tak jakby nie posiadali duszy i
własnych poglądów. Tak jak zombi.
Skrajny materializm, przykryty pogardzaną powszechnie moralnością i
religią będącą jedynie rodzajem kamuflażu, bo na poważnie w prawdy
wiary nie wierzył prawie nikt, a ludzie autentycznie religijni
ukrywali swoją duchowość schodząc do katakumb swojego wnętrza, lub
kryjąc się na obrzerzach życia obok wyznawców innych religii, pogan i
ateistów. Ogólnie rzecz biorąc wszystko co autentyczne i wyraziste było
niezbyt mile widziane, na dzień dzisiejszy obowiązywała
bylejakość, pozorność, fałsz i zakłamanie. Niektórzy nie mogli tego
rozumieć, wcześniej to znaczy przed transformacją, winili
abstrakcyjny system ze wszechwładnymi „Onymi”,.
Ale tego co się stało teraz nie mogli zrozumieć. Ludzie wyglądali
jakby byli zahipnotyzowani, pędzili żeby zarobić swoje drobne
pieniądze, które z ledwością starczą im na przetrwanie, a o
istnieniu obroży na szyi zapominali, albo nie chcieli pamiętać. Policje
i sady były po to aby pilnować interesów rządzących, podobnie
prokuratura i wojsko, biedni oraz średniacy mieli tylko płacić na ich
utrzymanie, oraz lawinowo rosnącą administracją.
Wpomnianyt wcześniej człowiek biedny w przypadku konfliktu
zostawał zdany wyłącznie na siebie, chyba że miał żonę albo dziecko
którzy chcieli go wysłuchać i wesprzeć. Rzucał się też w oczy zupełny
brak solidarności wśród najbiedniejszych, to znaczy zatrudnionych na
podstawie umowy o dzieło firm sprzątających i szeregowych pracowników
marketów. Gdy tylko w ich otoczeniu pojawiali się zwierzchnicy i
przełożeni demonstracyjnie manifestowali niechęć wobec swoich
towarzyszy niedoli a lojalność wobec przełożonych.
Trzeba przyznać że stado prezentowało się wyjątkowo kiepsko, nie
tylko elity i klasa średnia. I to dzięki jakości stada ci którzy
rządzili mogli rządzić tak nadal, w sposób wyjątkowo kiepski. Na
zewnątrz były prawa człowieka, i demokracja, w istocie
panowała bezwzględna turania i wyzysk. Policja współpracująca z
mafią, a często z nią tożsama, działająca na korzyść rządzących i
bogatych wspólnie z ludźmi władzy i służbami. A to wszystko błogosławił
jeszcze ksiądz. W przypadku bogatych biskup
Żeby zakończyć, zwykły człowiek musiał oddawać rządzącym przeszło
osiemdziesiąt procent swoich dochodów.Albo nawet więcej.
Jeździł rano do pracy, bezpłatnym autobusem “Jaś”, wsiadając
przy pętli na Kurdwanowie, przechodząc wcześniej koło Instytutu
Terapii Gestalt, prywatnego przedszkola, skupu metali kolorowych
BUTELKI MONOPOLOWE, następnie Instytutu Zdrowia i
Urody YASUTAMI, i restauracji Kapitan, albo jeśli na to pozwalały
mu siły szedł do pracy pieszo.
Tarnobrzeską skręcając w prawo, a widok z góry na Świątynie
Opatrzności Bożej był naprawdę fantastyczny. Od reklamy
zachwalającej drink bar MADERA skręcał w dół, i Połomskiego, a
przez sekundę Strumienną, dalej Fredry i Siostry Faustyny. Świątynia
widziana z zewnątrz wyglądała na jeszcze większą niż wewnątrz,
zbudowana w kształcie cylindrycznego ślimaka w spokojnej i przyjemnej
okolicy. Wchodził do środka gdy drzwi były otwarte, dotykał ręką
kamienia węgielnego przywiezionego z Golgoty, i czytał mosiężny
napis, wykonany na tablicy po lewej stronie u góry na wysokości
ludzkiego wzroku: “BÓG JEST
MIŁOŚCIĄ I MIŁOSIERDZIEM” -autorstwa
zapewne siostry Faustyny. Modlił się też przez chwilę, na
następnie wychodził, i idąc ciągle w dół niedaleko dworca Kraków
Łagiewniki przechodził przez kolejowe tory, i już był na
ulicy Zakopiańskiej, skąd do pracy miał naprawdę
niedaleko.
Pewnego dnia zauważył że przestał prawie dbać o siebie, -starał się jak
mógł ale i tak nic z tego nie wychodziło. Choć tego dnia zaczęło coś
się zmieniać w jego życiu.Gdy przestał sie starać rzeczy zaczęły
same przychodzić do niego. Bardzo powoli i nieśmiało. No nie może nie
rzeczy, a jeśli rzeczy to w sensie filozoficznym, i nie od razu
przychodzić, ale pojawiać, jakaś oferta na przykład w sprawie pracy,
czy wiadomość o tym że jego opowiadanie zostało opublikowane w
gazecie internetowej. Sił miał niestety coraz mniej, prawie
trzy miesiące skrajnego niedożywienia zrobiło swoje. Czy zdoła
skończyć swoją pracę, albo choćby dojść do siebie, -tego
nie wiedział Co z Berkeleyem i z Wnukiem Karola Darwina, czy
dadzą sobie radę bez niego?
A świat? Czy poradzi sobie kiedy go opuści?.
UCZTA
Usiedli obok siebie, i
nie miał jasności, czy wszyscy wiedzieli o tym kim byli
wcześniej, czyli w poprzednich żywotach i wcieleniach. Bo musicie
wiedzieć że nauki Orfeusza dotyczące migracji dusz poprzez
kolejne żywoty są prawdziwe, czy wierzycie w nie czy też nie.
Ale tej jasności nie będzie do końca opowiadania, i nie będzie
wiadomo, który z nich wie o sobie z przeszłości, a także kim byli
inni biesiadnicy, a który tego nie `wiedzą. I mają nawet
żal do świata, lub kompleksy i wyrzuty sumienia za własne dawne
winy i grzechy popełnione w dzieciństwie albo wewczesnej
młodości, nie rozumiejąc że to ich poprzednie życie wpłynęło na obecne.
Koło siebie siedzieli Sokrates i Arystoteles, dalej Tomasz z
Akwinu, Budda i Zaratustra, po lewej blisko okna lubiany przez
wszystkich Mozart, nazywany powszechnie Mozarellem, [ lub Mocartino]
Angelus, oraz kilku innych, których imion i nazwisk w tej chwili nie
zdradzę.
Dziwne że dopiero teraz po tylu latach udało im się spotkać ponownie, i
to gdzie? Nie, gdzie się spotkali na razie nie napiszę, a może i
nie napisze w ogóle , powiem jedynie że w średniej i takiej
sobie dzielnicy, bardzo szacownego miasta, nazywanego przez mieszkańców
Królewskim, Odwiecznym i Stołecznym.W jednym zdaniu: mieście
starym jak świat.
Sokrates był dziś jeszcze młodym człowiekiem, pracującym jako
roznosiciel ulotek niedaleko Galerii Kazimierz, a w wolnych chwilach
studiował. To znaczy chodził na miejscowy uniwersytet. Urodzony
na Śląsku, tam tez ukończył szkołę w Łazach, a następnie gimnazjum i
liceum w Katowicach. Człowiek jeszcze młody jak
wspomniałem i w niczym nie przypominający swoją poprzednią
inkarnację. To znaczy chciałem napisać że dość przystojny z gęstą
czupryną ciemnych włosów, opadających mu na kołnierzyk jasnej koszuli,
jakie zwykle nosił. Do tego wysoki, szczupły i nie ceniący ponad miarę
jadła i ucztowania . Ponieważ każdy mężczyzna charakteryzuję się między
innymi tym że coś lubi rozbierać. Taki Arysto, dla przykładu lubi
nade wszystko rozbierać komputery. od siebie dodam że imię Arysto nie
ma nie daj boże nic wspólnego z Platonem jakby może mogli pomyśleć
niektórzy, ale jest zdrobnieniem od Arystoteles
Co jeszcze lubi Arysto? Arystoteles to nałogowy palacz tytoniu, a
dokładniej papierosów skręcanych ze "średniej" marki tytoniów, i
nie dlatego że je lubi, ale że na droższe nie było go obecnie
stać. Urodzony niedaleko Radomia w centralnej Polsce, wraz z miejscem
urodzenia przejął wszystkie pozytywne i negatywne jego cechy,
takie jak romantyzm i nadmierny indywidualizm, oraz skłonność do
widzenia świata idei i bytów jako ważniejszego, od tego
zauważalnego przez przynajmniej większość niezwykle
przyziemnego świata materii. Jeśli ją widział, co zdarzało mu się
niestety niezmiernie rzadko, to nie przywiązywał do niej szczególnej
wagi. Jakby nie widział związków jakie istnieją pomiędzy światem
materii a światem idei i ducha.
Choć czasami się z nim zderzał, i to nawet boleśnie. Idee odcisnęły na
nim swoje piętno, -jak to ujmował Berkeley.A zderzenia z materią i
prozą życia pozostowiły parę odcisków i blizn. Oraz guzów, które
niestety dość szybko znikały.
Ale kontynuujmy charakterystykę jego postaci.
Podstarzały nieco kontestator i buntownik, z którego co
niektórzy jego znajomi trochę sobie kpili, a nawet niekiedy
pozwalali i na żarty, bo bycie biednym nie było przecież w
modzie w dzisiejszym Krakowie. Zresztą kiedy bieda była w modzie, i
gdzie? Był czas kiedy negowanie konsumpcji jako religii cieszyło się
sporą popularnością. Ale ten czas już minął, a ci którzy mniej
lub bardziej akceptowali ten rodzaj kontestacji, stali się jakby
starsi, i zrozumieli że muszą zająć się własnym przetrwaniem. Pracować
aby przetrwać, by kupić sobie po jakimś czasie używany dziesięcio-,
albo i piętnastoletni samochód, opłacić czynsz za pokój, lub jeśli ich
było stać za mieszkanie. A resztę, niewielką jaka pozostała,
przeznaczyć na jedzenie. Zwykle pracowały zresztą dwie osoby, a
pieniędzy które można było odłożyć, pozostawało niewiele, tak wyglądał
sukces transformacji, którą z dumą wieścili w wieczornych
wiadomościach dziennikarze i spikerzy, czytają wcześniej napisane dla
nich informacje. W każdym razie Arystoteles należał do wyjątków, - do
szlachty jakbyśmy to dziś powiedzieli, jeśli nie nawet
arystokracji. Przypominał starego zbiedniałego arystokratę.
Tomasz z Akwinu, umysł jak zawsze precyzyjny i konkretny, teraz
prezentował się jako krytyk myśli katolickiej, w swoim zapale
posuwający się czasami dość daleko. Za daleko. Na tyle daleko żeby być
uspokajanym przez Arystotelesa i Zaratustrę.
Miłośnik chińskich zupek i kisielu, podobnie jak i pozostali uczestnicy
uczt, i to raczej ze względu na ich cenę, ponieważ jak wiadomo,
chińskie zupki w Tesco albo Lidlu można już kupić nieraz nawet za
sześćdziesiąt groszy, jeśli nie czterdzieści dziewięć, do tego dochodzi
szybkość ich przyrządzania, co dla samotnych na ogół mężczyzn,
jakimi w większości byli, nie jest bez znaczenia. Uwielbiał
rozbierać rowery i grzebać się w nich godzinami. Badając “tak części
jak i całość”. Podobnie jak i reszta towarzystwa.
Zaratustra. Ten jako jedyny pozostał wierny swoim dawnym
przekonaniom i poglądom. Tak jak i dawniej lubił górskie
samotnie, starych bogów, i dzikie zwierzęta.A na jego domowym ołtarzu
paił się zawsze śwęty ogien
Wierzył w powrót świata do czasów stanu harmonii właściwej
pogańskiej Polsce, kiedy to jeszcze każdy kamień i strumyk był święty,
a najważniejszą za wszystkiego równowaga, a nie niekończący się
pozorny iluzoryczny wzrost. Czyli istnienie i życie poza
czasem w mitycznym świecie, w samym środku koła. A nie bieganie
-niby małpa- jak mawiał do znajomych, -na której prowadzi się jakiś
eksperyment, po jego okręgu aż do utraty sił i tchu- Czasami nawet
usiłował przekonywać innych że wzrost i rozwój są iluzoryczne. I tak na
przykład mówił: -w czasach naszych dziadków jedna osoba pracowała na
wielodzietną rodzinę składającą się z wielu dzieci, z rodziców,
oraz często dziadków a nieraz i samotnego wujka albo chorej
ciotki. Dziś dwoje ludzi młodych i w sile wieku z dyplomem studiów
wyższych w kieszeni z ledwością sobie radzi aby związać koniec z
końcem, a ich zarobki wystarczają na zapłacenie czynszu w dużym mieście
i inne opłaty. Dla przykładu kawalerka na betonowych przedmieściach
Krakowa to co najmniej tysiąc złotych.za miesiąc
Więc o jakim wzroście mówimy? chyba jedynie o wzroście zatrucia i
dewastacji środowiska- pytał, ale że towarzyszy rozmów zwykle nie
było stać na logiczne myślenie, bo zmęczeni, z dawno utraconą
wiarą „że cos można zmienić" uśmiechali się tylko, jakby chcieli
powiedzieć: tu nic się nie da zrobić, chyba że wyjazd. Po jakimś czasie
dawał za wygraną.
W jego poglądach zreszt.ą można było zauważyć pewną sprzeczność i
niekonsekwencję. Jak bowiem połączyć wiarę w wolny rynek i wolną grę, z
dążeniem nie tyle do zatrzymania się świata, co do zmniejszenia jego
dewastacji przez przemysł i rozwój technologii?
On to wiedział, i dla tej wiedzy ukłuł nową nazwę: EKOLOGONOMIA [ lub
ekonomologia ]. Czyli połączenie ekonomi, ekologi, i ergonomii
Zaratustra miał kiedyś nawet taki sen, który nie dawał mu spokoju i
mocno go przeraził:
Oto przemysł związany z nowymi bio-technologią zaczął
przynajmniej w fazie eksperymentu produkować mutanty, mieszanki i
krzyżówki Mieszanki, czyli istoty posiadające cechy dwu albo
nawet kilku gatunków, ale z jednym podstawowym, oraz dodatkami innych.
Krzyżówki były dla odmiany prostym połączeniem przedstawicieli dwu
gatunków zwierząt. Mutanty, jeśli ktoś nie wie to jedynie zmutowane
organizmy. W jego śnie masa tych dziwnych istot , nazywana przez
przemysł “odpadami” leżała na śmietnikach nieopodal wielkich
centrów handlowych i tam dogorywała. Ale w najgorszej sytuacji były
niestety „meduzy”, -produkowane specjalnie dla przemysłu
spożywczego.
Istoty tak odkształcone i niepodobne do niczego, że odróżnienie
ich na wysypiskach od zużytych przedmiotów nie należało do łatwych. Co
więcej meduzy posiadały dużą ilość ludzkich genów, a produkowano je na
bazie komórek macierzystych. Dlatego dla katolickich księży i
przedstawicieli innych [niektórych] wyznań byli ludźmi, a przynajmniej
za takich uchodzili. Meduzy nie mogły mówić ani chodzić a ruch po
chropowatej powierzchni chodnika albo po gołej ziemi sprawiał im
straszliwy do opisania ból. Ruszali się pod wpływem bólu, a ruch
powodował kolejny ból.
Ze zdziwieniem też Zaratustra myślał o swoich niektórych
kolegach, jak na przykład Sokrato, że lubili rozbierać samochody,
godzinami grzebiąc się w nich z pobrudzoną od smarów twarzą On
zawsze odkąd pamięta lubił rozbierać motory i całymi dniami
grzebać się w nich, rozkładać, a potem cierpliwie na powrót składać.
Nade wszystko uwielbiał zaś skutery.
Po tej krótkiej, ale niezwykle potrzebnej charakterystyce naszych
bohaterów napiszę o parę dniach z życia Arysta, pana Nullo i Platona.
Co może ich postaci odrobinę czytelnikowi przybliżyć..
Kukurpica
pomyślał najpierw Arysto, „mam, eureka”, a potem nawet głośno
krzyknął, widząc napisy na jakiejś restauracji albo budce
niedaleko pętli tramwajowej przy Borku Falęckim, wzbudzając przy tym
zainteresowanie przechodzących ludzi, bo ludzie dobrze wychowani w
Krakowie nie krzyczą, a szczególnie nie krzyczą bez widocznego
powodu takiego jak na przykład pożar na ulicy -szanując
miejską przestrzeń wspólną. Wydaje się że to było jednak
przy pętli autobusowej z której odjeżdżają autobusy 204 do Wieliczki,
oraz autobusy na Kliny i na Ruczaj, za co jednak autor nie
da sobie uciąć głowy . Jedną ze specjalności lokalu była
“Kukurica”, co mógł przeczytać, a on stworzy "kukupizze", albo nie
"Kukurpicce", czyli pizze z drobiem.
-Kukurpizza, ależ to świetna nazwa dla zespołu muzycznego-
wykrzyknęła jego znajoma Serbka o imieniu Mladica. I dla samej
nazwy postanowiła taki zespół założyć. Ona i jej koleżanka
Bośniaczka śpiewały, a na instrumentach grało dwóch Polaków, i jakiś
Białorusin albo Rosjanin czy może Ukrainiec, w każdym razie człowiek ze
wschodu .
Dziewczyny śpiewały w różnych językach, polskim, serbskim, i po
angielsku, a nawet jedna z piosenek została przebojem. Ale Arysto,
zwany także przez tych, którzy go lubili Arystachem, -w czym była
swoista gra słów bo Arysto miał na drugie Stanisław. W każdym razie,
jak miał albo i nie miał na imię na drugie, żadnych tantiem za
wymyślenie
nazwy zespołowi nie otrzymał. Nie oczekiwał tego zresztą, a gdyby takie
pieniądze dostał byłby nawet zdziwiony.
Teraz było dopiero południe a do spotkania zostało jeszcze co najmniej
kilkanaście godzin. Idąc powoli w stronę tramwajowej pętli zaczął
wymyślać jak mógłby przyrządzić ową pizze z kurczaka, czyli Kukurpizze.
W Lidlu stojąc i patrząc w koszyk mężczyzny stojącego przed nim w
kolejce do kasy, przy której siedziała ładna dziewczyna z czarnymi
włosami i przy której ustawiał się zawsze gdy tylko tam robił
zakupy, przeczytał na wędlinie napis: “Kundzia mielona w
sosie z paprazzi” -czy aby już przed nim ktoś tej nazwy nie wymyślił,
zastanawiał się? Ale nic to, spróbuję. Kundzia jako zespół muzyczny,
czy jako grupa artystyczna, a może raczej filozoficzna. Drugi wątek
myślenia szedł w innym kierunku, -jak można przyrządzić kundzie? I czy
w sosie własnym, czy też razem z paparazzi?
Na razie krzyczał jedynie na cały supermarket: Kuundzia mielona w sosie
paparazzi, ludzie komu kundzie kundzie mieloną? Komu?
Rozmyty człowiek,
-Rozmyty człowiek, zwany także deszczowym człowiekiem to jest
to-
myślał Nullo. Nullo znany głównie z tego że widywano go podobno
jak niektórzy twierdzili a nawet gotowi byli przysiąc, w towarzystwie
pan Pyxa, opuszczającego od czasu do czasu swoją
magiczną Kaplicę Cyborium i spacerującego ze swoją nieodłączną
fajką filozoficzną w ustach, po Krakowskim rynku, najczęściej
idącego ulicą Grodzka, w
towarzystwie Nullo i niejakiego Bazylego Liszki, świeżo
upieczonego doktora
praw z grubą teczką pod pachą, krakusa rzekomo z dziada
pradziada. Poza tym nie
znany był raczej z niczeg,o uprany jakby w wielkiej miejskiej pralni,
za którą zresztą nieustannie tęsknił, tak jak za czymś żywym.. Nullo
był człowiekiem całkiem bez żadnych
charakterystyk, ponieważ uważał że jakakolwiek indywidualność może być
przyczyną wielu problemów jak i utrapień, żeby nawet nie powiedzieć
cierpień. Indywidualność i jakakolwiek odmienność ludzka przypominała
mu coś w rodzaju kolców jeża, albo jadalnego kasztana, jeśli już
nie kaleczących innych to
przynajmniej zauważalnych przez nich , i wtedy taki człowiek
mógłby powiedzieć: acha! To ty jesteś taki a taki, a my tacy a tacy, a
więc masz problem bo różnisz się od nas, a problemów i konfliktów bał
się tak jak niczego innego.
To on jeśli chcecie wiedzieć wymyślił hasło, dzięki inspiracji jaką
znalazł oglądając paczkę papierosów, “Nasza odmienność może być
przyczyną wielu problemów”
-Ach wskoczyć do wielkiej pralni- marzył czasami, leżąc wieczorem w
łóżku -i się tam całkiem wyprać. Wyprać siebie i swoją duszę, tak aby
nie zostało już w nas żadnej charakterystyki, a wtedy będę całkiem
bezpieczny-
Panu Nullo, tu musze wyjaśnić nie chodziło o skromność, ani nawet o
dobre wychowanie. Nic z tych rzeczy jeżeli tak sądzicie, to
jesteście w błędzie. On po prostu panicznie bał się o
siebie. Bał się o krzywdę jaką mogą wyrządzić mu inni ludzie. Krzywdę
jego
ciału, lub co gorsza zadać ranę jego nadmiernie wylęknionej duszy.
-Jeśli nie będę
kibicował drużynie Wisły, nic mi nie grozi ze strony kibiców Cracovi-
mawiał z chytrym uśmiechem malującym się na jego bladej pozbawionej
wyrazu twarzy -
Podobnie jeśli nie będę Polakiem, nie stanę się wrogiem innych nacji-
Oczywiście było to bardzo naiwne. Nie rozumiał że czasami nie wystarczy
kimś nie być ale żeby żyć bezpiecznie, lub bezkolizyjnie przejść ulicę
trzeba kimś być. A więc nie starczy nie kibicować Wiślakom, ale należy
być fanem Cracovii i być przeciw Wiśle.
Ach gdyby tak zmieszać wszystkie kolory i barwy świata w jeden, a
ludzkie rasy i kolory skóry w nowy szary i jednolity, marzył czasem w
piękne słoneczne dni, kiedy wracał z pracy.
I tu niestety ścierały się ze sobą dwie koncepcje myślowe,
powodując lekki niepokój jego duszy, i ciała..
Jedna uważała że świat musi być całkiem jednoznaczny i określony, a
druga wręcz przeciwnie, twierdziła że świat nie może być ze względu na
jego dobro jednoznaczny, i powinien być całkiem rozmyty i bezbarwny,
zupełmie jak angielska
pogoda. Na swój użytek Nullo nazwał go deszczowym światem, lub
rozmytym światem. Przez pewien czas nawet uważał wyspy, a szczególnie
Anglię i Szkocję za swoje ulubione miejsca na ziemi, -dopóki nie
dowiedział się od znajomych że Anglicy, Szkoci i Irlandczycy, mają
mocno określone przyzwyczajenia z jakich nie zamierzają rezygnować. Po
prostu chcą być Anglikami, Szkotami lub Irlandczykami, i co więcej
nawet im się to podoba. A jednymi z
najmniej identyfikujących się z własną narodowością i tradycją są
właśnie tak przez niego nie lubiani i uważani Polacy.
Tu muszę wyjaśnić że człowiek wymyty z jakichkolwiek cech
indywidualnych nie ma nic wspólnego z “człowiekiem Nic”, z opowiadania
“Wspomnienia pewnej prostytutki”. Człowiek Nic stawał się nim po fazie
bycia człowiekiem Jezusjańskim będącym kimś ważnym i istotnym przez to
już że jest człowiekiem. Następnym cyklem w jego rozwoju stał się
człowiek nic, porzucający swoją starą ale ukształtowaną formę,
tak jak
przejrzałe owoce, gruszki albo jabłka. Nullo natomiast odrzucał i
negował uparcie swój
indywidualizm i swoją formę już na samym początku.
Pan Nullo ubrany cały na szaro, szczupły i nie zbyt wysoki, idealnie
wcielił się, ba wtopił w miasto i jego rytm, niby część będącej w
wiecznym ruchu maszyny. Maszynoznawstwo i mechanika to były jego
ulubione tematy. I w oparciu o nie tworzył systemy filozoficzne. Jakie
to były systemy filozoficzne, -jeśli oparł je o mechanikę i
budowę części maszyn, można się domyślać. W każdym razie nie różnił się
zbytnio od pokolenia jego ojców wzrastających w czasach Gomułki, czyli
pokolenia naszej małej stabilizacji.
Co jeszcze może rozbierać mężczyzna. Taki pan Nullo dla przykładu ,
pomimo tego że jest rodzaju męskiego, nie lubi niczego rozbierać. Choć
charakterystyka jego postaci mogłaby wskazywać że lubi rozbierać
mechanizmy starych zegarów, badając przy tym ich ukryty [ a prawie że
tajemny] sens
A następnie projektować przemyślenia i obserwację związane z
mechanizmem zegara i częściami wchodzącymi w jego skład na rodzaj
ludzki i jednostkę żyjącą w społeczeństwie. Ale pan Nullo na
szczęście nie lubił niczego rozbierać, ani nikogo. Prawdopodobnie także
nie lubił nawet rozbierać kobiet nawet w marzeniach. A chudość i
wątłość postaci sprawiała że wstydził się pokazywać swoje ciało. Nie
chodził więc na plaże, ani nad tak zwaną wodę.
Każdy z uczestników, nawet jeśli nie miał tej świadomości kręcił się
jednak w pobliżu miejsca spotkania jakie wyznaczyli sobie w świecie
nazywanym przez buddystów światami bogów, a my raczej powinniśmy nazwać
je światami świadomości filozofów i artystów. Tam właśnie umówili się
mniej więcej jakieś tysiąc, lub pięcset lat temu, ze spotkają się
w
Krakowie w MIEJSCU ucztowania, -i nie było w tym nic dziwnego, bo
takich spotkań na ziemi mieli już kilka i nigdy nie mogli, co może było
ich błędem osiągnąć wspólne stanowisko i wybrać, albo nawet stworzyć
jeden spójny system filozoficzno-religijny, a wtedy według ich
przypuszczeń pole umysłu całej planety stanie się tak mocne i silne, że
automatycznie cała kula ziemska wraz ze wszystkimi żyjącymi na niej
istotami
przejdzie do innego wyższego wymiaru świadomości. Pod tym kątem także
rozpatrywali poglądy ekonomiczne, i polityczne, oraz technologie i
rozwój przemysłowy. Wszystko było poddane jedynemu kryterium, -to
znaczy czy służy ludzkości w przejściu na inny wymiar świadomego
istnienia, czy też nie? Podobnie było z modą, i trendami w kulturze i
sztuce.
Życie bez pieniędzy,
Pomyślał Arystoteles. Żyłem tak już przecież przez cała lata,
praktycznie z niczego, a Bóg łaskawy, gdy przypomniał sobie o moim
istnieniu rzucał mi z nieba małe co nie co.
Nie wiadomo ile w tym co mówił Arystoteles było prawdy, faktem jest że
nie pracował w swoim życiu zbyt dużo, ani zbyt często, dla przykładu
kiedy chciał się zatrudnić w firmie ochraniającej hotele nie mógł
odnaleźć swojego nipu. A szukanie tego nieszczęsnego nipu zajęło
mu trzy dni. Innym razem chciał się zatrudnić w restauracji nie
posiadając, nie tylko ważnej, ale w ogóle nie posiadając żadnej
książeczki zdrowia. W jakimś może normalnym, wolnym kraju i do tego
jakiś czas temu nie było to chyba potrzebne, ale nie tu i nie teraz.
Był już za stary, aby takie życie prowadzić. Tak też zresztą pomyślał,
bo
nie tylko że ludzie nie szanowali biednych, ale nawet darzyli ich
pogardą i specjalnie tego nie ukrywali, a wręcz przeciwne. Swoją
drogą życie bez pieniędzy jako rodzaj dziwacznej utopi przynosiło wiele
upokorzeń, a ciągła troska o swój przyszły byt dodawała jedynie
niepotrzebnych zmartwień.
Spróbować po prostu być jako taki, przez pewien czas a potem
zakorzeniać się już mocniej w życiu.
Przypomniało mu się jak całkiem niedawno temu, może dwa tygodnie wstecz
wyjął z kosza na śmieci suchy chleb żeby go zjeść. Chleb był zapakowany
w folię a więc czysty. Potem właścicielka mieszkania szukała tego
suchego chleba, ponieważ chciała dać go psu. W końcu zrozumiał że dla
człowieka ważniejszy jest jego pies niż obcy człowiek, a każdy musi
troszczyć się o
siebie sam. Znalazł pracę przy sprzątaniu bloków niedaleko Płaszowa.
Elektroniczny
różaniec
Platon szedł ulicą Grodzką a elektroróżaniec pracował za niego Jeszcze
niedawno temu gdy widział młynki modlitewne u tybetańskich
mnichów zaśmiewał się głośno to komentując , ale od czasu gdy jedna
zachodnich firm zaczęła produkować elektroniczne różańce sam zakupił
trzy egzemplarze. Jeden z nich podarował matce, drugi pracował u niego
w pokoju, a trzeci nosił przy sobie. Wkrótce zakupił tych różańców
więcej, do każdego rogu w pokoju zgodnie z wymogami sztuki feng szui. W
polu bogactwa pracował na niego różaniec, w polu miłości, i rodziny,
oraz wiedzy wszędzie tam ładowały mu pozytywną energię elektroniczne
różańce. Oj pomysłowym człowiekiem był Platon. Platon spacerował
po sklepach i oglądał na wystawach cuda nowoczesnej techniki,
elektronikę i złote zegarki, a elektroniczne różańce same modliły sie
za niego. On spędzał czas wśród kolegów w kawiarni, albo rozmawiał
przez telefon komórkowy, a elektroniczne różańce modliły się za niego.
Kiedyś nawet poprosił znajomego robotyka, czyli specjalistę od robotów
i maszyn, aby zrobił mu takiego robota który będzie się za niego
modlił. Najlepiej od razu kilka robotów. I to tanio kupionych. W
promocji lub wycofanych z rynku z powodu wad, a po kilku drobnych
przeróbkach nadających się do pracy. Jeden “Robek” będzie chodził się
do kościoła katolickiego , dajmy na to do ojców Bernardynów, drugi
“Robuś” pójdzie na medytacje buddyjskie, a trzeci “Rob”, dajmy na to do
prawosławnych. I każdy z nich będzie się za niego modlił, a także
wypraszał o łaski. A on? On będzie siedział wygodnie w domu przed
ekranem telewizora, albo słuchał muzyki, a gdy sie znudzi grał w gry,
do trzeciej albo czwartej nad ranem. W dzień, kiedy wstanie, ale
nie wcześniej niż w południe będzie obserwował giełdy azjatyckie, i
zostanie ich znawcą. Kto go nauczy angielskiego? -o tym wolał nie
myśleć. Takie myśli zresztą wybiegały poza marzenia, i nieuchronnie
szły w kierunku świata realnego. Za co,. Kto, i kiedy? Tych słów Platon
nie lubił słuchać, ani tym bardziej używać.
Nie lubił także płacić, a więc i kobiety nie trzymały się zbyt
długo jego mocnego męskiego ramienia.
Uczta, próby pierwsze.
Warto przypomnieć w tym miejscu że osoby biorące udział w naszej
Uczcie nie mają wiele wspólnego z osobami biorącymi udział w Uczcie
Platona, poza Sokratym oczywiście, i zakładając że taka uczta miała
naprawdę miejsce, bo sam Plato jej przecież nie widział. Drugą sprawą
jest tematyka Uczty, jeśli ktoś nie pamięta co uważam za możliwe a
nawet prawdopodobne, głównym tematem Platońskiej Uczty była miłość a
dosłownie Eros. Pomijam inne drobne różnicę, takie jak pozycje w jakich
przebywali uczestnicy Uczty, zgodnie z zasadą że "leżąc myślę inaczej"
–oczywiście pisząc te słowa pozwoliłem sobie na drobny żart.
Czasami gdy spotykali się wieczorem nie rozmawiali prawie, a jeśli, to
o
niczym, wymieniając jedynie jakieś zdawkowe uwagi. Innym razem
dyskutowali o prawach wolnego rynku, nowoczesnych technologiach,
filozofii i religii. Na przykład zastanawiali się ile procent i jakich
genów stanowi o ludzkim człowieczeństwie. Lub czy społeczeństwo polskie
i innych państw europy zgodzi się na powrót do czasów niewolnictwa, z
przymusem przedszkolnym dzieci albo nawet obowiązkowym żłobkiem,
wszechobecną kontrolą, likwidacją pieniądza materialnego i zamieniem go
przez tak zwany pieniądz elektroniczny w czipie, ingerencją urzędników
państwa w ludzkie geny i jego natrętną natarczywą opieką aż do śmierci,
wyznaczonej być może także przez państwowego urzędnika, i
pozwoleniami na
zawieranie związków formalnych lub nie. Zastanawiali się także ile
procent pieniędzy może państwo rabować obywatelom i czy ma jakieś
granice przyzwoitości, czy też wręcz przeciwnie w swojej chciwości nie
ma żadnych zahamowań i żadnego wstydu i tu nie muszę dodawać że raczej
za bardziej prawdopodobną uważali drugą wersję, i ogólnie
wiadomo, krawiec tak będzie kroił jak mu na to pozwoli
materiał ludzki, a materiał, oj ten pozwalał na wiele, i wyglądał na
wyjątkowo
bezwolny
Zwykle jednak były to jedynie zaledwie próby prawdziwej debaty.
Nie raz już próbowali doprowadzić do Ucztowania, ale ucztowanie
ograniczało się niestety jedynie do wspólnego przebywania przy jednym
stole, i popijania kawy, butelkowanych wód i herbaty, a czasami i piwa.
Świat bez miłości nie był dla niego nic warty. Dla niego, to znaczy dla
Arysta, a tu zebrało się dużo takich wyważonych i racjonalnie myślących
umysłów, praktycznych jak siebie sami nazywali. On nie zamierzał być w
żadnym razie praktyczny. Właśnie teraz szedł zwiedzić wystawę
storczyków na ulicę Klimeckiego, i idąc zastanawiał się jakich
argumentów ma użyć podczas wieczornej uczty. Od czasu kiedy zrozumiał
kim jest i że miejsce kontaktowe czyli skrzynka zostało specjalnie
wykreowane po to aby mogli się spotkać minęło zaledwie parę dni.
Wiedział też kto kim jest, ale nie wiedział czy oni znają siebie.
Rozważania przerwało wejście na wystawę, kiedy tylko wszedł zobaczył
setki przepięknych storczyków, i widok ten pochłonął całą jego uwagę.
Sokrates jechał tramwajem linii numer sześć, można by tu napisać że
pojawił się, no może nie z piany morskiej gdzieś na brzegu Wisły
znaleziony przez miejscowych rybaków, albo tak jak u Vicenza w jego
ostatniej książce, budząc z rześkiego snu na wiślanym statku po zażyciu
cykuty. Lub po prostu uciekając wieczorem pod osłona nocy ze
swojego więzienia, ale nie, on jechał tylko tramwajem linii
numer sześć i myślał o spotkaniu ze swoją dziewczyną, układał w
głowie plan dnia a może nawet wieczoru, kiedy zadzwonił telefon,
-proszę- powiedział, i zanim skończył usłyszał głos swojej
dziewczyny Anastazji. Anastazja mówiła że -niestety nie może przyjść, i
że strasznie żałuje i w ogóle-. Głos Anastazji i jego mieszały się z
głosami rozmawiających ze sobą ludzi, i tak jeden ze starszych panów,
ubrany w sposób dość elegancki i nieco ekscentryczny, mianowicie w
czapkę w szkocką kratę i duże wysokie buty jakby do jazdy konnej
tłumaczył swojemu koledze, jakiemuś profesorowi uniwersytetu że ludzie
korzystający z zasiłków tracą zdolności honorowe, niedaleko za
jego plecami dwaj młodzi ludzie rozmawiali o muzyce Happy mandeys. Coś
powiedział, i wyłączył telefon. A więc mam wolny dzień myślał dalej,
najpierw mieli spotkać się w Hetmańskiej a potem iść do jakiejś dobrej
knajpki albo kafejki, -na Boga nie
do pabu. Ale nic to, pójdę zobaczyć marsz tolerancji i wysiadł przy
placu Wszystkich Świętych, a potem spacerowym krokiem udał się na Plac
Matejki, niedaleko pomnika, ale bliżej uczelni. Oglądając
przepychanki zwolenników i przeciwników małżeństw
homoseksualnych zapomniał o wieczornej uczcie.
Platon tymczasem zobaczył w okolicy Floriańskiej Magdalenę i
Kornelię Rembrantówną rozprawiającą o czymś z Zee, skłonił im się
a oni mu odpowiedzieli, szczególnie zaś wyjątkowo wyszukany ukłon Zee
zrobił na nim duże wrażenie.[ nie wiem doprawdy co jeden jak i drugi
widział szczególnego w obu damach, -stary Rembrandt i to jako człowiek
to ciekawa postać ] Po chwili odwrócił głowę w przeciwną
stronę i zauważył idącego od ulicy Grodzkiej nudziarza
Nullo, natychmiast gdy tylko ujrzał Nikogo, schował się przed nim
w bramę kamienicy numer 13, a kiedy tylko nudziarz Nullo
przeszedł, skierował się szybkim krokiem w stronę Hetmańskiej i pasażu.
Oglądał najpierw śmieszne i zabawne pamiątki, a potem wszedł do
księgarni. Gdy Przeglądał książki, a dokładniej czytał je aby
zaoszczędzić trochę grosza, podeszła do niego jakaś miła dziewczyna i
zaczęli rozmawiać.
Dziewczyna była wysoko, cała ubrana na czarno , i miała
długie, brązowe włosy. Opowiadała mu że widziała Mozarello.
Ootóż z tego co mówiła wynikało ze Mozarllo chodził po blokowych
przedmieściach Krakowa, porzuciwszy wszelką nadzieję. Od czterech
dni nic nie jadł, przestał też wierzyć że znajdzie człowieka który
pożyczy mu choćby złotówkę, choć do uczniów Diogenesa bynajmniej się
nie zaliczał. Mozart przechodząc w okolicy szpitala na prokocimiu
dostrzegł strażaków lejących sikawkami okna dziecęcego oddziału
transplantologii i w pierwszej chwili pomyślał ze zapewne ma
halucynację spowodowane niedożywieniem i osłabieniem organizmu
wynikającym z głodu. Albo po prostu zwariował. Jak mu wyjaśniła starsza
pani obserwująca wszystko
z chodnika, - zepsuła się klimatyzacja-, a on to słuchał wyjaśnień
sympatycznej staruszki, to ukradkiem podtrzymywał spodnie jedną ręką
aby mu nie opadły, w drugiej trzymał palącego się papierosa. Zguba się
odnalazła, Plato wiec natychmiast zadzwonił do Sokrata aby go
poinformować o tym że ich wspólny przyjaciel żyje i ma się w miarę
dobrze, pomijając oczywiście przymusowa terapię głodem jaka mu na pewno
nie zaszkodzi a być może nawet pomoże, bo jak powszechnie wiadomo
leczenie głodem działa wyjątkowo dobroczynnie na ludzki organizm.
Aha zapomniałem dodać ze Mozarello mocarzem wcale nie był, przydomek
Mozarello otrzymał dlatego ze niezwykle lubił pizze Mozarello,
szczególnie wtedy gdy był głodny, a głodny był nader często. Prawie
zawsze.
Sokrates został ranny, a właściwie lekko zadraśnięty podczas
przepychanek między dwoma grupkami.
Rana była nie groźna, ale na wszelki wypadek udał się na pogotowie. Nie
był to już niestety ten dawny Sokrates który chodził boso po śniegu
zimą, a w więzieniu przed egzekucją rozcierając i masując zesztywniałą
nogę uczył zasad nieprzywiązania, jakby mówił -to dzięki bólowi mamy
nieból, a dzięki temu co nieprzyjemne odczuwamy silniej to co
dla nas przyjemne-.
Platon wybrał się z z nowo poznaną dziewczyną do kawiarni na
kawę, widząc w niej ucieleśnienie idei piękna, a nawet jej to
powiedział kiedy siedzieli już przy stoliku w kafejce na Brackiej
czy może Gołębiej, a on wypił dwie albo trzy butelki piwa.
W pewnym momenice przypomniał sobie patrzac w jej piękne
oczy, ze przybył tu po to aby razem z innymi buntownikami obalić
świat "mechanicznego zegara, daty, i kalendarza", a także wzorca metra
ukrytego w Sewr pod Paryżem, i drugiej zasady dynamiki Newtona.
Ale był już zbyt mocno pijany, aby cokolwiek obalać, a nowo
poznana dziewczyna prowadziła go do domu, pilując żeby sie przypadkiem
po drodze nie przewrócił.Kiedy szli prowadziła go pod rękę, a on
przytulał się do niej.
Arysto w końcu zrozumiał że większość jego przyjaciół jak zresztą i
większość ludzi bardziej interesuje lekkie zadraśnięcie skóry, albo
widok pięknej dziewczyny, niż debaty o zmienianiu losów świata. Nie
miał też wcale do nich żalu. Storczyki były naprawdę wspaniałe.
Poszedł oglądać storczyki, chodził ponieważ po pierwsze: lubił chodzić,
i po drugie bo to było tańsze, dbał także o zdrowie i o linię, a hasła
w stylu "pieszo do ludzi bliżej", -śmieszyły go, i czasy w kiedy
w nie wierzył dawno minęły.
Zrozumiał że świat się rozlatuje na kawałki w każdej chwili i nie
można go pochwycić. W swojej chaotyczności przypomina świat widziany
oczami Demokryta, mianowicie jest pełen rozbieganych, pędzących w
różne strony atomów. I że nadanie mu jednego toru i kierunku w jakim ma
się poruszać jest niemożliwe. Rozlatuję się jak związany snopek zboża
kiedy rozwiążemy powrósło, lub jak zapałki kiedy wypadną z pudełka.
A spotykać ? Można się, i nikt nie mówi że nie. Szczególnie w dobrym
towarzystwie.
Dlaczego się przed nami ukrywasz? -bo w Twoje istnienie nie wątpi nikt
Żona czekając
na męża weszła do kuchni, i sądząc z wyrazu jej
twarzy była delikatnie mówiąc niezbyt zadowolona. Ale tym razem była
niezadowolona nie z tego
że znowu musi mu odgrzewać kolację, ale że on nie zwraca na nią uwagi.
Już
dawno zdradził mnie na rzecz tych swoich fantastycznych teorii z
pogranicza religii, mistyki i nauki, myślała chodząc po
kuchni zrezygnowana. Poznali się na studiach. On jako najlepszy
student wydziału
fizyki w miejscowym uniwersytecie. Ona jako raczej średnia
studentka matematyki. Spotkali się pewnego kwietniowego dnia na
schodach uczelni, a rozmowa jak w takich przypadkach zwykle bywa
zaczęła się dość banalnie. On ubrany śmiesznie i zupełnie niemodnie, w
kraciastą żółtą [!] koszulę i brzydkiego koloru kiepsko skrojony
garnitur, na dodatek z garbem wiszącym na plecach, nie wyglądał
ciekawie i
pomyślał że nie wypadł w jej oczach zbyt dobrze. Dokładnie
pomyślał że nie zapamięta go nawet, bo w mieście jest tylu ciekawszych
od niego mężczyzn, bardziej mogących zainteresować kobiętę w jej wieku,
a i zaponować jej. A on czym miał jej zaimponować? Kwantami? Albo
kwarkami? No bo w kosza nie grał.
Ale rozmowa miała swoją kontynuację, spotykali się czasami w wolne
wieczory i spacerowali w miejskim parku, położonym niedaleko uczelni,
dyskutując o gwiazdach i astronomii, ich wspólnej pasji. Potem nie
wiadomo nawet kiedy, bo stało sie to tak nagle, wzięli
ze sobą ślub. Staroświecki, ale bardzo kameralny, zaledwie z udziałem
rodziców i kilku znajomych. Po którym wrócili na zajęcia. Ona studentka
drugiego roku, a on czwartego. Studiów nie
skończyła. Przerwała je gdy urodziło się pierwsze dziecko, a zaraz
potem i drugie. Poświęciła się wychowaniu dzieci, a na studia już
nie wróciła. On poświęcił się nauce i pracował aby utrzymać rodzinę.
Stanowili udaną i świetną parę. Kochali się ale nie w sposób
szaleńczy i odbierający rozum, albo zmysły. W sposób cichy i
umiarkowany. Dopasowali się także do
siebie, tak że jedno uzupełniało drugie. Jeśli jedno robiło coś a
drugie widziało że mu to świetnie wychodzi oddawało mu to pole prawie
całkiem naturalnie i sponanicznie, zajmując się czymś innym, co
akurat wychodziło mu lepiej. Wkrótce w ich małżeństwie pojawiła się
naturalna
specjalizacja.
Mijały lata, przybyło w rodzinie następne dziecko, tym razem miły
chłopczyk, po
córeczce i pierwszym synu.
On nadal przynosił jej kwiaty, i przytulał ją do siebie kiedy wieczorem
wracał do domu z pracy a ona odgrzewała mu kolację w
kuchni. Czasami pijali wspólnie stare dobre czerwone wino,
słuchając ulubionego Purcella, a w niedziele jadali pieczone
kasztany. Oczywiście wino pili w
umiarkowanych ilościach, -rzadko kiedy więcej niż jedną butelkę we
dwoje. I sypiali, co w przypadku starszych małżeństw może trochę
dziwić, w jednym pokoju, urządzonym dość staromodnie ale jednak
stylowo.
Obok ich sypialni znajdowały się dwa pokoje dzieci,
jeden chłopczyków, a drugi sama zajmowała córeczka Rozy,
przepiękne i
miłe dziecko. Na parterze ich domu mieściła się ogromna kuchnia i
jeszcze większy holl połączony z liwing roomem i kuchnią. Przeszklone
ściany na tle których pięły się krzewy, a dalej widoczne z wnętrza domu
drzewa i rabaty pełne kwiatów. Między tym wszystkim leżały
ogromne kamienie. Najpiękniejsze widoki, gdybyśmy tylko przyszli do
nich w odwiedziny, moglibyśmy zobaczyć wiosną i
jesienią. Rodondendrony i magnolię. Do tego
dwa koty, i sympatyczny pies spaniel, o imieniu Dony.
Mieszkali na przedmieściach uniwersyteckiego miasta i mieli
przyzwoitych przyjaciół, a ich znajomi z dzielnicy, jak i jego koledzy
z pracy osiągali sukcesy w nauce i biznesie. Przed domem państwa P.
Stały
dwa świetnej marki prawie nowe samochody Czegóż mu było więcej potrzeba
do życia?
Właśnie czegóż. Czyż nie jest tak, że imię Boga można wymawiać wszędzie
i w każdych warunkach? Wymiać oczywiście i czcić.W dobrych warunkach
naturalnie jest łatwiej, ale za to w
trudnych można robić to o wiele mocniej i szczerzej, choć
gdy życie
zbyt mocno nas przygniecie można czasami i zwątpić. Jak i gdy
jest nam zbyt dobrze, zapomnieć? Dopowiedzieć też trzeba że żaden z dwu
rodzajów zła definiowanych przez
Arytotelesa w jego nieśmiertelnej Etyce, nie zachodził. To znaczy
nie zachodziło, wbrew temu co można by przypuszczać zło nadmiaru, ani
tym bardziej zło braku Ale powróćmy do naszego bohatera, i to aż do
czasów dzieciństwa
przenosząc akcje opowiadania na chwile w czasy odleglejsze, kiedy
nie znał swojej żony, a dzieci nie było jeszcze na świecie. Ale
obiecuję że tylko na chwilę, by niedługo potem wrócić ponownie do
naszego szczęśliwego małżeństwa.
Otóż nasz bohater będąc jeszcze dzieckiem usłyszał w radiu, podczas
pierwszego słuchowiska
teatralnego jakie słyszał w życiu, sztukę której autora nie
pamiętał, ani
może nie znał. Sztuka mówiła o związkach komputera z Bogiem i
buddyjskimi mnichami z Tybetu. Potrójny debiut, pierwsze słuchowisko
jakie w życiu słyszał, po drugie pierwszy raz słyszał o komputerach,
a po trzecie opierwszy raz usłyszał o buddyzmie i tybetańskich
mnichach.I zastosowaniu komputera do celów nazwijmy to
religijno-mistycznych
Sens słuchowiska był mniej więcej taki: przychodzą do jakiegoś
profesora informatyka mnisi tybetańscy i proszą go aby za pomocą
komputera wyliczył wszystkie imiona Boga, ponieważ jeśli to zrobi
nastąpi koniec świata.
Jak się ma buddyzm do istnienia Boga, i dlaczego mnichom miało by
zależeć na końcu świata, tego nie powiedziano. Może dlatego że mnisi
byli okropnie znużeni samsarą, czyli światowym życiem, i poruszaniem
się po jego kolisku?
A jaki wpływ na naszego bohatera miało słuchowisko które usłyszał w
dziciństwie w radiu. Czy stał się bardziej religijny, czy wręcz
przewinie, zaczął wątpić. Zaczął wątpić, i łapał się często na
tym że chodząc rozmyśłał w
takim mniej wiecej stylu:
Ale jeśli naprawdę nie wątpię, to proszę mi podać choć jedną
przyczynę dla której jestem tak przywiązany do swojej materialnej formy
i ziemskiej powłoki, -i nie ma co tu kryć, podobnie jak przytłaczająca
większość ludzi boje się jej utracić.
Jak i boje się bólu, informacji związanej z uszkodzeniem, naruszeniem,
albo nawet zniszczeniem tej mojej ziemskiej formy, nazywanej zazwyczaj
ciałem.Proszę mi też podać przyczynę dla której jestem przywiązany do
słów
innych, kiedy mówią o mnie i w jaki sposób o mnie mówią. Co mnie
obchodzą słowa innych ludzi na mój temat, -jeżeli jestem
stworzeniem bożym.
Zakładam że stworzeniem bożym, bo jeśli jest Twórcą to stworzył
wszystkie istoty i cały widzialny świat.
Chociaż kiedyś jeszcze jako uczeń ostatniej klasy szkoły średniej
napisałem wypracowanie na lekcje biologii. Temat wypracowania był
wolny, a ja pod wpływem może jakiegoś filmu fantazy, albo książki sf
wybrałem właśnie taki.
Opowiadanie w kilku zdaniach:
Świat został stworzony przez kilku bogów. Jedne istoty
zostały stworzone, a konkretniej zaprojektowane przez boga A, inne
przez boga B. I tak dalej. Kilku bogów czasem konkurujących ze sobą, a
innym razem współdziałających lub łączących się w sojusze jedni przeciw
drugim tworzą świat. Pytanie postawione po raz drugi, -czy nie
wątpię. Bądźmy poważni.
Czy jeślibym naprawdę nie wątpił ani na chwilę czy wtedy napisał bym :
“w Twoje istnienie nie wątpi nikt”?
Tu jest potrzebne małe wyjaśnienie, kiedy miał tylko chwile wolnego
czasu przebierał się w stare łachmany i zrobioną własnoręcznie z
czarnego koca “sukmanę” taką niby togę i niby szatę mnicha, i
schodził w tym ubraniu schodzami w dół, do swojej piwnicy
filozofów, gdzie lubił samotnie rozmyślać.
Na ścianach pozbawionej elektryczności piwnicy wisiały mocno
przykurzone obrazy filozofów: Arystotelesa, Platona, Demokryta i
Tomasza z Akwinu. Było też puste z napisem uczynionym czerwoną kredką:
“MIEJSCE DLA BOGA “ z jednym białym punktem w środku, - w który patrzył
aby się bardziej skupić kiedy rozpoczynał swoje rozmyślania. Piwnicę
też oświetlało zwykle kilka świec.
Balony fraktalne
Nie rozumiał tej całej zabawy pana Boga, który niby dla żartu
ukrywał się przed nami i grał w chowanego, -jak to określił kiedyś
Einstein. W środę elektron jest polem, w piątek cząstką, w sobotę
zaś falą, a w niedziele zupełnie sobie znika, tak jakby miał wychodne,
niby przedwojenna służąca [ co powiedział jakiś słynny fizyk ].
-Czy
dlatego że mamy się pozbyć nadmiernie sztywnego postrzegania świata?-
zastanwiał się. Siedział nieraz całymi wieczorami w swojej piwnicy, w
tych
starych i porwanych ubraniach, i rozmyślał nad naturą świata i
ukrywającego się za swoim dziełem, niby za niby artysta za namalowanym
przez siebie oibrazem Boga. Raz myślał ze
świat jest podobny do wielkiego balona Fraktalnego a z jego na pozór
gładkiej albo mocno pomarszczonej powierzchni niby fraktale “wyrastały”
inne małe baloniki jak pęcherzyki powietrza, takie same będące mini
kopiami tego dużego, albo też zawierające w sobie
wszechpotencjalność wszystkich możliwości dziania się. To były
właśnie te “światy alternatywne”, w których toczyły się inne
życia, to jest inne możliwości. Tam tez mieliśmy inne żony i
mieszkaliśmy w innych domach, a jeśli tu byliśmy grubi tam dla
przykładu cierpieliśmy na chroniczną niedowagę. Tam po prostu żyliśmy
inaczej, a wszystkie te potencjalne możliwości istnienia dziejące się w
jakiś sposób naprawdę były tajemnie ze sobą połączone jakby
niewidzialnymi nićmi, jakimiś kosmicznymi wiązaniami.
Sporządził kiedyś razem z synami i córką, takie, jak to on nazwał
balony fraktalne powiewające na kosmicznym wietrzew kiedy powiesili je
na sznurze do suszenia bielizny przed domem. Oczywiście kosmiczny wiatr
był jedynie poetycką metaforą. Jeszcze innym modelem wartym
wymienienia, a zrobił ich razem z
dziećmi w swojej filozoficznej pustelni wiele, był model
“Wielolustra”. Wielolustrze to po prostu sporo luster
nakierowanych na siebie i odbijających obrazy, ale ten model zarzucił
już dawno, na rzecz balonów jako bardziej bliższych mu w próbie
wyjaśniania zagadki wszechświata.
-Dobrze że zapaliłem do swoich pomysłów żonę i dzieci- mawiał do siebie
czasami przyrządzając rano śniadanie. Oni oczywiście w
tajemnicy przed sąsiadami i znajomymi schodzili razem ze mną do
piwnicy coraz częściej, a wieczorne słuchanie koncertów muzyki
klasycznej w miejskim parku lub filharmonii odeszło już dawno w
przeszłość
. Słuchali nadal muzyki klasycznej lub elektroniki ale aby kontemplować
i dzięki dźwiękom muzyki przenosić się w inne bardziej subtelne dla
duszy ludzkiej światy, myślał. I przypominał sobie wtedy rozmowy, jakie
toczyli ze sobą do póżna w nocy.Jak ich starszy syn mówił:
-Czy może dlatego, że przeciwnie, nie ma w tym żadnej
tajemnicy. Po prostu cząstki jak i cały świat posiadały
jedyną trwałą i być może stałą cechę. Tą cechą była zmienność i
rytmika zmian. Dziś pojawiam się jako to, a JUTRO JAKO TAMTO. Tak jak
ludzie, dziś są uśmiechnięci, a jutro zmartwieni. Dziś głodni, a jutro
przejedzeni, raz jest nam zimno a innym razem znowu zbyt gorąco-.
A młodszy odpowiadał mu:
-Trwałość to rzecz sztuczna i wymyślona. Ponieważ czegoś takiego nie
ma. Owszem jest, ale na wykresach i planach. Takie pokazywanie świata
może być nawet potrzebne, i nikt nie zamierza tego kwestionować. Ale to
są jedynie makiety, tak jakby atrapy rzeczywistości, utworzone
dla demonstracji. Nic prawdziwego. Rzeczy
i zjawiska prawdziwe są zmienne. Maja charakter zmienny. Są w ruchu.
Jak dajmy na to koło. Jaka jest istota koła kiedy przejawia siebie.
Ono przecież jest w ruchu, chociaż czasami pozostaje bezczynne, i w ten
sposób także nie zaprzecza swojej naturze. Świat jest
rozpędzonym kołem. Toczy się. Jest stały
i nieruchomy, a przynajmniej takie jest jego centrum, i jednocześnie
porusza się,
tocząc się. Przynajmniej na swoich obrzerzach-.I gdy tak mówili i
mówili, spierając się ze sobą i
dyskutując, on pewnego dnia.....Ale zobaczmy co napisał o tym w
notatkach jakie sporządzał czasami wieczorem. Notatki sporządzał zwykle
pisząc w trzeciej osobie liczby pojedyńczej.Czyli pisał o sobie
"ON".Czy był powodowany skromnością, czy brakowało mu pewności
aby unieść swoje poglądy do końca, tego nie wiem, i co nie
interesuje mnie to. Nie tu, i nie teraz. Fragment notatki.
..... ujrzał w przyśpieszonym rytmie pulsowanie świata, formy
przeobrażały się nieustannie będąc jednocześnie nadal Jednym
bytem i zachowując swoją tożsamość i swoje kontinuum istnienia. Byt
;lub istnienie oglądane niby w kalejdoskopie raz był skupiskiem
materii, potem znowu pusta w środku formą, by na jakiś czas zniknąć [
zaniknąć? ] i
potem pojawić się jako pulsująca świetlistość, albo energia w działaniu.
Usłyszał też głos, nie mając jednak pewności czy pochodził on z
zewnątrz czy z wewnątrz. Bo to co jest wewnątrz a to co na
zewnątrz już dawno nie było dla niego takie oczywiste.
"'DLACZEGO WĄTPISZ, i prosisz o odpowiedź którą możesz znaleźć sam.
CZY WIĘC JEST TO TWOJE ODKRYCIE CZY
NIE?" Jeśli tak to dpowiedz dlaczego nie chciałeś być dzieckiem.
Zastanawiał się nawet przez moment czy nie zwariował. O tym czy nie
zwariował myśleli już od dawna jego znajomi z pracy sąsiedzi, oraz
dalsza rodzina.
Jedynie żona i dzieci wierzyli cały czas w niego. Ale co mógłby z takim
odkryciem zrobić. Przecież go nie sprzeda. Ale...
Wielolustrza i smuga cienia
Rozmawiali w prawie pustym już o tej porze pabie, siedząc niedaleko
okna, przy jedynym
zajętym stoliku. On usiłował ich porzekonać do swoich racji , ale
Zygmunt
"Społeczeństwo", i Czesław "Państwo" mieli własne, skamieniałe
dosyć
wizję świata, będąc zatwardziałymi socjalistami. -Socjalizm ? Jakaż to
skrajna niewiara w człowieka- mówił do nich ze szklanką
mocnego piwa w
ręku którym, przepijał whisky z nalewką czereśniową przyrządzany
przez barmana w proporcji zwykle jeden do dwóch, a oni uśmiechali
się głupawo, jakby chcieli powiedzieć -my tam
swoje wiemy, i nie przekonasz nas. Po chwili milczenia spowodowanego
zwątpieniem swoich rozmówców, gdy się tylko zebrał do kupy i wziął w
garść, uspokojony Angelus z delikatnym, niemniej widocznym
uśmiechem na ustach, tłumaczył
im i wyjaśniał jak doszło do tego z czym mamy do czynienia dziś. I tak,
[mówił] -w szesnastym wieku miał miejsce uzurpatorski przewrót
i zwyciężył świat miary, wagi i czasu. Trzysta lat życia ludzi w nowym
racjonalnym pudełkowym świecie niewolących ludzi koszarów umysłu,
przyznać trzeba, zrobiło
swoje. A do głosu doszło kilka grup, doładnie trzy większe, wyznawców
KRWAWEJ BOGINI zaczęły w tym spisku przeciwko światu dominować.
Wyznawcy krwawej bogini, będący kontynuatorami
marginalnych w sumie tradycji celtyckich, germańskich i katragińskich,
dogadali się ze sobą, i przejeli prawie wszystkie najbardziej liczące
się karty w grze o władzę nad światem. Na
razie nie wchodzili sobie w drogę, ale gdzieś na początku 20 wieku
nastąpił między nimi konflikt Jedna z grup, w zasadzie
najmniejsza, a może właśnie dlatego, zaczęła używać do walki
okult metod, i tak zwanej "mandali Salomona". Na pomoc wzywali
wszystkie demony i złe siły, jakie przywołać tylko mogli,.a demony
opieszale i powoli zaczxęły wychodzić z podziemi, niby dym z kraterów
albo myszy ze swoich nor- w tym momencie
przerwał mu Zygmunt, wykorzystując fakt że Angelus przypala kolejnego
papierosa. - no dobrze, ale, pomiędzy nimi były jakieś różnice,
nie upraszczaj stary Bo o ile
własnych dzieci nie składali w ofiarze wyznacy bogini Tanit związani z
tradycją semicką, to "irlandczycy" aż do końca XX wieku
poświęcal swoje pierworodne dziecko w zamian za bogactwo i powodzenie,
jednej ze swoich bogiń.-
-Tak zgoda-dodał Staś -wszystko się cywilizowało, i nikt prawie nie
składał w ofierze własnych dzieci, zwykle do tego celu
KLUB ABRAHAMA wykorzystywał wojny, a jak nie było wojen,
aborcję,.
Zabijali wtedy w ofierze bogini na skale masową nie narodzone jeszcze
dzieci, bo jak wierzyli bogini domaga sie krwi, za władzę i materialne
dobra. A kapłani bogini z poprzednich wcieleń odradzali sie jako
politycy, lekarze aborterzy, lub dowódcy wojskowi-
Idąc lekko chwiejnym krokiem z pabu do domu, bo nalewka czereśniowa z
whisky zrobiła swoje, a i używany do przepitki ciemny giness też,
uśmiechał się przypominając sobie słowa kolegów.
On mógł to przecież sprawdzić.
Zaczął przechodzić z jutra we wczoraj i dowolnie modelować historię
swojego życia. Najpierw ćwiczył a było to dawno temu, utrzymywanie
stanu śniącej świadomości, [czyli śnienia] , rodzaj starodawnej
pogańskiej medytacji w której modeluje się i przekształca
sny, a życie na jawie zaczyna postrzegać jako rodzaj snu. Potem
jego praktyka świadomego śnienia była na tyle poważna i skuteczna
że faktycznie życie stało się rodzajem snu, a on mógł je w
dowolny sposób przemieniać jak autor piszący scenariusz sztuki
dziejącej się na żywo, -czyli rodzaj improwizacji, nie
teatralnej ale może raczej filmowej.
Gdybyście go zapytali czy jego życie nie przypomina życia człowieka z
serialu odpowiedziałby że tak , z tą jednak różnicą że jest on
jednocześnie aktorem, reżyserem i scenarzystą zarazem.
Jednak praktyka przechodzenia w inne wymiary , -czyli “wszerz
wszechświata”, oraz “wzdłuż” wymagała czasu i sporego poświęcenia.
Próbował zlokalizować kanały za
pomocą których można podróżować po wszechświecie w sposób
niekonwencjonalny. I wykorzystał, co tu będziemy gadać wszystkie znane
sobie teorię fantastyczne, mistyczne i ezoteryczne, oraz naukowe żeby
zbadać ich prawdziwość.Ćwiczył oczywiście na sobie.
Potem wpadł na inny pomysł. Zbudował jak to on nazwał “wielolustrze”.
Wielolustrzem była po prostu powierzchnia stołu z wieloma lustrami
nakierowanymi na siebie pod różnymi kątami.
Rano był zwyczajnym człowiekiem. Brał czarną skórzaną teczkę
wypchaną papierami i szedł grzecznie do pracy, pozdrawiając po drodze
napotkanych sąsiadów i znajomych. Wtedy gdy nauczył zmieniać i dowolnie
kształtować kształty postaci, rozumiejąc że świat jest
plastyczny, do pracy i na użytek jak to nazwiemy ludzi z zewnątrz
używał formy poważnego mężczyzny w średnim wieku z wyrażistym
podbródkiem i widocznym z daleka brzuchem, natomiast jeśli tylko
wracał do domu natychmiast zmieniał formę gubił brzuch i podbródek..
Jednak praca nad zmienianiem formy odbywała się wcześniej
niż wielolustrza.Gdy tylko zaczynał przenikać do innych
światów za pomocą lustra,
zrozumiał że świat po drugiej stronie wygląda trochę inaczej. Ludzi
którzy posiedli tajemnicę przechodzenia do innych światów przez lustro
było wielu. I nie wszyscy co gorsza mieli dobre intencję. Mało tego,
jedno z większych sekretnych stwarzyszeń chciało przemocą narzucić
innym swoją wolę i
władzę.
TO BYŁA TA PRZYSŁOWIOWA SMUGA CIENIA jakie dawało światło
Smugą cienia była tak zwana “Armia Złych”. Armia Złych przejęła w
prawie całej galaktyce władzę na planetach,
oraz w przestrzeni galaktycznej, i kontrolowała szlaki komunikacyjne
pomniędzy planetami. Jak do tego doszło? Przez długie lata,
a może nawet i wieki przenikała cierpliwie we wszystkie ważne struktury
państw planetarnych. Przenikała do świata nauki, polityki i religii. Ze
względu na swoją gałęziastą strukturę była niezwykle trudna do
rozpracowania przez służby specjalne, -ponieważ jedna gałąź drzewa nie
znała innych, także nawet jeśli została zdemaskowana jakaś gałąź, lub
zaledwie pojedyńcze liście, to pozostałe były bezpieczne. Mało
tego ludzie biorący
udział w konspiracji nie wiedzieli że należą do armii, a grupy w
których uczestniczyli miały inne jakbyśmy powiedzieli nazwy “robocze”
Osiągnęła też znaczne wpływy we wszystkich sferach życia.
Dlaczego tak się stało? W galaktyce poza peryferiami , czyli ziemią i
kilkoma galaktykami zwyciężyła religia i filozofia Wielkiej
Światłości, spychając wszystko co związane z cieniem do
podziemia.
Zarówno chcieli walczyć, i walczyli z cieniem i ciemnością, Usiłując
wszystkie miejsca na planetach rozświetlić światłem, aby mrok nie miał
do nich dostępu, jak i walczyli też niestety ze wszystkim co
odmienne i
nieprawomyślne. Ludzie cienia zepchnięci na margines i żyjący w nędzy
zaczęli się jednoczyć w myśl ideii
wszyscy ludzie cienia, jednoczcie się !!! Powstańcie z kolan
i to oni stworzyli zaczątek Armii Zła, ale potem oczywiście
władzę przejęli bogatsi i silniejsi jak to zwykle bywa kiedy na
horyzoncie pojawiają się pieniądze i władza, ludż choćby jakieś ich
oznaki, a nawet tylko ich przedsmak.
Wkrótce stali się cieniem i drugą stroną tajemną stroną światła.
Oficjalnie nadal w galaktyce rządziła religia
Światła, a tak naprawdę była jedynie atrapą mającą zapewnić zasłonę
ludziom z armii. To ludzie z armii decydowali o wszystkim. Ale była też
spora grupa ludzi zepchniętych na margines którzy nie chcieli poddać
się tak naprawdę zjednoczonej władzy światła i mroku. Oprócz nich opór
stawiało parę planet położonych na obrzeżach galaktyki, na które
zbuntowani wojownicy chronili się czasami. Często bez wiedzy ich
niczego nie świadomych mieszkańców.
Wiedział że musi wybrać. Szczególnie wtedy gdy Źli przeniknęli przez
wielolustrza
i zagrozili że jeśli nie będzie pracował dla nich porwą jego żonę i
dzieci.Tak zwyczajnie pojawili się pewnego dnia w domu, gdy wrócił z
pracy i wszyscy szykowali się właśnie do obiadu. Dzieci
myły ręce, i w pokoju jadalnym rozkładały talerze, na przykrytym
białym ręcznie robionym koronkowym obrusem, starym okrągłym machoniowym
stole ze stylowym czerwonym wazonikiem ze szkła w środku,
zawsze pełnym kwiatów które przynosiół żonie [ nieco
sfatygowany już stół był prezentem od dziadków i myśleli nawet
aby go odnowić lub oddać do koserwacji] a w mieszkaniu czuć
było zapach pieczonych kasztanów mieszający się z wpadającym przez
otworzone okno mieszkania bardziej intensywnym zapachem żeberek,
kalafiorów i zupy koperkowej. Nie ma co ukrywać, przestraszył się i to
bardzo. Bardziej o nich niż o siebie, to znaczy o żone i dzieci. Jeśli
o siebie, to przez nich, bo był im przecież potrzebny Na razie
schronili się u jego matki a potem jak nauczył swoją
rodzinę przenikać przez wielolustra udali się na jedną ze zbuntowanych
i stawiających opór planet na obrzeżach galaktyki. Spodobało im się tam
nawet bo klimat i krajobrazy były podobne do ziemskich, choć bardziej
wilgotny i umiarkowany. To znaczy lata były odrobinę chłodniejsze i nie
tak upalne, a zimy cieplejsze. Śmieszył ich
tylko kolor niebieskiej trawy, i lekko różowy odcień skóry jej
mieszkańców, także rozmawiając z nimi, szczególnie na początku musiał
bardzo uważać żeby ich nie urazić i przypadkowo nie zranić jakimś
niezręcznym niepotrzebnym i niemającym uzasadnienia uśmiechem lub
mimiką twarzy zdradzającą nadmierną wesołość, -co mogliby odebrać jako
lekceważenie, a tego przecież bardzo nie chciał. A także, co prawda
świecące delikatnym, niezwykle subtelnym przypominającym poświatę
blaskiem, fioletowe słońca planety. No i kolory oczu ludzi,
co najbardziej dziwiło dzieci. Prawdziwy kalejdoskop!
Mieszkańcy planety zdając sobie sprawę że jest ich za mało, próbowali
osiągnąć sukces dzięki rozwojowi techniki i nowych technologii, wpadli
także na genialny w swojewj prostocie pomysł, aby we wszystkich
dostępnych dla siebie miejscach w
galaktyce, pobierać próbki z materiałem genetycznym największych
bohaterów i wojowników. Trochę ich to dziwiło kiedy w lokalnej telwizji
planetarnej oglądali wywiad z Bolesławem Chrobrym albo Czyngis
Chanem*, a przy stoliku siedział Wladi Jagielllo, na dodatek z Alem
Macedońskim, nazywany przez kolegów Mackiem.
Oni właśnie poprowadzili flotylle głównej grupy uderzeniowej przeciw
Złym.
_______________
*oczywiście były to kopie a nie pierwowzory
Ile jest imion Boga
Zeszedł znowu do swojej piwnicy, a z drzwi wiodących do niej dawno już
zdjął napis: “Jaskinia Filozofów”, -bo czasami czuł się tak
mały, głupi i zły że ten napis wydawał mu się kpiną, jeśli nie
szyderstwem wobec czystej
i wziosłej myśli ludzkiej, mającej przeciez prowadzić nas na
wyżyny
życia. Bo jakby się dajmy na to nagle pojawił przed nim Sokrates kiedy
on by szedł ulicą wracając z zakupami ze sklepu do domu, trzymając w
dłoni wypchaną reklamówkę, albo przechodził z łazienki do kuchni idąc
korytarzem swojego domu, i ten Sokrates stanął przed nim zastępując mu
drogę i zapytał, czy jego myśli i słowa są prawdziwe, ale tak naprawdę
prawdziwe prawdziwe, i czy służą po drugie dobru, to miałby całą chmarę
wątpliwości, i stałby tak oniemiały niby samotne pozbawione liści
drzewo wśród stada wron i kruków gdzieś na jesiennym szarym i
ponurym o tej porze roku polu, bojąc się że w tym stanie zobhaczy go
żona albo dzieci, ten Sokrates i pozostawił by go tak samego
samiuśkiego, otoczonęgo, żeby nie powiedzieć spowitego albo osnutego
osnutego niby we mgle, w tej chmurze wątpliwoiści i niewiedzy, spod
której wydobywały by się jakby jedynie myśli powtarzane przez niego
w nieskończość, NIE WIEM, NIE WIEM, NIE WIEM, wyrzucane razem z
wydechem tak wulkan jak wyrzuca z siebie co jakiś czas lawę albo gazy,
tyle że
rytmicznie . I do tego wstyd, bo czy on jest człowiekiem dorosłym jeśli
być może nie życje w zgodzie z zasadami które przecież wyznaje, i w
zgodzie prawdą którą zna? I co będzie jeśli go ktoś w tym stanie
zobaczy.Na pomalowanych czerwoną farbą drzwiach pozostał więc
jaśniejszy jakby wyblakły prostokąt,,a on nie zawłaszczał już sobie tak
buńczucznie zowiązującej nazwy filozofa. Zrozumiał w końcu że człowiek
kierowany przez instynkty i emocje nie może tak siebe nazywać, bo to
jest wtedy jedynie jego maską, być może nawet kolejną, a pod którą
kryła się jeszcze inna jakiej istnienia nawet nie przeczuwał..
W dzieciństwie wręcz chorobliwie wstydliwy i nieśmiały, wyśmiewany
przez rówieśników jak i starszych, chłopak zamknął się w
sobie i przestał
prawie w ogóle rozmawiać z ludźmi. A że był zbyt łagodny i chorobliwie
wręcz dobry, nie potrafił bronić się ponieważ nie chciał krzywdzić
swoich przeciwników ani ich ranić. On grubas z ciężką ręką, mogąc
zmiażdżyć bez trudu szyderców odchodził na bok aby ich nie ranić
podczas “prób obrony koniecznej” i nie zadawać im cierpień Ale
taki był Bebe.
jak Jezus wśród szyderców “Jezus wśród szyderców”. Tak nazwał stan i
sytuacje jaka była udziałem
w tamtych latach dzieciństwa i wczesnej młodości. Poobijany i poraniony
na duszy, długo nie mógł znaleźć dla siebie miejsca w życiu. A że
był jak
stara piłka lub jabłko pełne sińców starał się przebywać w strefie
cienia. Cień i mrok dawały mu bezpieczeństwo i ochronę przed złem
ludzi.
Kiedyś matka , bez wiedzy ojca kupiła mu psa, i wtedy wszystko się
zmieniło. Na początku panicznie bał się wychodzić z nim na spacery,
ponieważ uważał że liczba sińców i ran jakie przyjąć mogłaby jeszcze
jego dusza od
napotykanych ludzi, jest ograniczona, a on więcej urazów i szyderstw
nie zniesie.Nie ma na to siły. Już nie.
Ale pomimo chorobliwych i obsesyjnych wręcz lęków zaczął jednak
wychodzić na spacery ze swoim psem. Na początku wieczorem, gdy za
oknami zapadał zmierzch, -wtedy Bebe wymykał się chyłkiem i
spacerował
przed blokiem razem z nim, aby nie być przez nikogo nie zauważonym, i
nie patrzeć w te pełne szyderstwa oczy złoczyńców. Szyderstwo płynące z
oczu złych ludzi bolało go najbardziej,
I sprawiało największe cierpienia. Kim ja jestem myślał, że się tak ze
mnie śmieją, i kim są ci źli, którzy z ranienia i zadawania bólu
odczuwają radość, przecież to są zwykli, zwyczajni ludzie.. Może
nawet budują swoją siłę krzywdząc i zadając ból innym istotom, i
stąd czerpią energię psychiczną A
jego rolą jest nie dać się im zniszczyć. Wygrać z nimi. I jako
inteligentne dziecko poszedł natychmiast za tropem.
Wymyślał także dla siebie specjalne formy obrony i leczenia
rozbitej "na atomy" duszy. Kiedy znalazł stare oprawione w świetne
rzeżbione ramy rozbite lustr,o leżące na
strychu postanowił je naprawić,. Ale nie tak zwyczajnie naprawić, ale z
procesu naprawiania uczynić rodzaj klejenia i łączenia swojej
nieszczęśliwej i rozbitej duszy. Potem gdy naprawił lustro i faktycznie
poczuł się lepiej, zabrał się za szycie i krawiectwo. Szył niby mu
potrzebny mu materiał, a w gruncie rzeczy cały czas wyobrażał sobie że
zszywa swoją rozkawałkowaną duszę. Później dowiedział się ze w starej
tradycji tybetańskiego bonu istnieją praktyki “zszywania” i “łączenia
duszy”. Jego umysł stawał się coraz bardziej elastyczny. Kleił na
przykład kawałki skóry w jedną całość symbolizującej jego totalność. A
następnie gdy coś mu nie pasowało rozbijał, czyli rozrywał albo raczej
rozcinał na kawałki kiedy coś z nim i z procesami zachodzącymi w jego
psychice były nie w porządku, i łączył je następnie z powrotem.
Dzięki “duchowemu krawiectwu”, przełamał chorobę i skończył studia na
miejscowym uniwersytecie. Potem założył rodzinę, a za zarobione przez
siebie pieniądze kupił piękny dom z ogrodem na
przedmieściach. Wszystko układało mu się doskonale, a czasami gdy
widział swoich dawnych prześladowców, stoczonych na samo dno pijaków i
małych ze złości pomarszczonych chorych ludzi, odwracał głowę i
nie patrzył na nich.
Ale jedna rzecz mu nie dawało spokoju.
Mianowicie każda z trzech wersji istnienia świata jaką dopuszczał była
możliwa i prawdopodobna.
Wizja chrześcijańska, z Bogiem jako stwórcą wszechświata, następnie
Buddyjska
wersja przyczyny i skutku, oraz pogańska oparta na prapolskich
wierzeniach i mitach. Mało tego, on na swój sposób wierzył we
wszystkie trzy, jeśli nie
kolidowały ze sobą. Wziął więc mały różowy balon leżący gdzieś w rogu
pokoju, i
bezmyślnie zaczął wydzielać z niego małe alternatywne baloniki
okręcając je wokół własnej osi. W ten sposób na jednym dużym jak gdyby"
balonie ojcu" stworzył kilka mniejszych baloników dzieci. W
jednym mieścił się świat Niebiańskiej Doskonałej Krainy Dełaczien,
miejsca
pełnego szczęśliwości i radości. W innym znów świat Boga Stwórcy.
Siedząca na jego kolanach córeczka Rita, patrząc mu w oczy uśmiechała
się do niego. Światy te pączkowały z siebie dalej i oddalały się
nieuchronnie od
siebie, -sprawiając że powrót i przejście do innego stawał się możliwy
ale trudny. Jak połączyć te światy ze sobą myślał. Po prostu
należy nałożyć na nie
jakiś kryształ, na przykład gwiazdę, a wtedy jego model stawał się
jedną połączoną ze sobą całością. Jak ją w myślach nazwał “Jednią
Doskonałą”
Gdy wrócił do pokoju na górę patrzył jak w ogrodzie bawią się ich
dzieci. Odchodziły od siebie to znowu na powrót spotykały biorąc się za
ręce i tworząc figurę w kształcie gwiazdy.Wtedy zrozumiał wszystko.
Poza przestrzenią świata
Nie potrafił zmienić świata, ani nawet zmienić siebie, więc postanowił
uczynić sobie coś w rodzaju kryjówki.
Kryjówki w jakiej będzie czuł się bezpiecznie , i przez
nikogo
niepokojony, będzie mógł spokojnie egzystować niejako w świecie
równoległym, który jednakże przenika się ze światami istniejącymi obok.
Do tego celu użył jakbyśmy powiedzieli dwóch sposobów. Jeden to efekt
prac jakiegoś fizyka i badacza o jakich przeczytał w gazecie.
A drugi to pewna praktyka buddyjska. Buddyzmem i starą przed
buddyjską religią Tybetu interesował się od dawna, ponieważ
wydawały mu się podobne do filozofii która co tu będziemy ukrywać
w ostatnich latach nieco podupadła
Mianowicie postanowił stworzyć coś na wzór FRAKTALU WEWNĘTRZNEGO DLA
SIEBIE, CZYLI
zamieszkać w swojego rodzaju “bańce powietrza”, niby w wielkim ogromnym
atomie w jakich istnienie wierzył dawno temu Demokryt. Przez lata
wypróbował na sobie i użył wszystkich znanych metod jakie
proponowały religie, i systemy psychologiczne, psychoterapie, jak i
filozofię antycznego i współczesnego świata. Medytował, i uprawiał
psychologię zorientowaną na proces.
Ten wyznawca teorii: NAJWAŻNIEJSZA JEST RÓWNOWAGA. NAWET NA HUŚTAWCE."
A może przede wszystkim na huśtawce naszego życia" -dawno już
zapomniał o swojej teorii i popularnym powiedzeniu. Powiedzenia jak to
w życiu bywa zapewne dawno już przejęli inni, a o nim dawno zapomnieli,
choć starzy znajomi z tamtych lat widząc go
przechodzącego ulicą kiedt się mijali, uśmiechali się do niego, a nawet
mówili "Cześć" -i nic w tym dziwnego, bo przecież był częścią ich
młodości, i częścią
ich życia, a nawet w jakimś stopniu ich życiem, tak jak częścią i
fragmentem jego życia
byli oni." Byliśmy swoimi wspólnymi snami", powiedział kiedyś do
niego jakiś jego znajomy którego imienia już nie pamiętał. A co
później powtórzyła, jego była dziewczyna zanim od niego odeszła,
pakując wcześniej, gdy on siedział w pracy niczego jeszcze nie
podejrzewając, ani nawet nie przeczuwając, swoje rzeczy, do
jednej reklamówki i starej torby podróznej.
Innym jego znanym powiedzeniem było stwierdzenie:" Małpi dzień, ale
małpi dzień mamy", mówił gdy wszystko się rozlatywało ludziom, i
wylatywało z rąk, i nic nie szło tak jak miało iść.
A dziewczyna? Dziewczyny, kobieta, żona. Zapomniał o nich dawno temu,
nie mając w sobie tego agresywnego pędu do przodu, mogącego zaimponować
kobietom, a może miał ale zablokowany i stłumiony, tak mocno że nie
potrafił go wydobyć na wierzch. Razem z niezbędnym do życia hormonem
agresji.
Znaczną inspiracją do budowy bańki powietrza w której pragnął
zamieszkać były także niezwykle fantastyczne i niepokojące obrazy
Hieronimusa Bosha, starego mistrza pędzla. Stary mistrz przelewał swoje
fantazje, przemyślenia i wizje za pomocą farb na malarskie płótno. A
istoty mieszkające w bańkach powietrza zajmowały tam bardzo ważne
miejsce.
Sam na swój użytek takie istoty nazywał “ukrytymi”. Ukryci żyli
jednocześnie na granicy dwóch światów. Własnego wewnętrznego i tego
zewnętrznego. Kiedyś śniło mu się że ukryci grupują sie i tworzą
rodziny, a nawet i niekiedy większe skupiska. Nadmierna wrażliwość i
bycie jakby bez skóry, to znaczy odbieranie
bodźców o wiele mocniej niż większość stawało się dla niego trudne do
zniesienia.. Zwykłe słowa, spojrzenia, a nawet ironia w głosie, to było
coś co musiał nieraz odreagowywać godzinami albo całymi dniami.
Zdarzało się że sytuacja powalała go dosłownie z nóg, i leżał wtedy nic
nie robiąc na
łóżku. Być może to co mieściło się w języku zwyczajnej konwencji
dla takich jednak jak on było zbyt trudne.
Najciekawsze że gdy spotkało się dwu takich wrażliwców często jeden z
nich odreagowywał się na drugim , raniąc go i poniżając, czasami także
publicznie. Później oczywiście także i on cierpiał.Wtedy cierpieli
obaj.
Ale przejdźmy do rzeczy, bo czytelnik już się za pewne poczuł nieźle
znużony. Nasz bohater rozpoczął budowę swojej banki
powietrza.
Wyobrażanie sobie kuli dookoła ciała w której miał chodzić bawiło go, a
po dłuższym czasie zaczynało, co przecież oczywiste, męczyć, nużyć i
rytować. Ale prace nad wehikułem posuwały się ciągle naprzód. Zrozumiał
też że przedstawiciele wszystkich religii osiągając pewien etap
duchowego rozwoju żeby oddzielić się od rozpędzonego szalonego i
zwariowanego świata zamieszkiwali na jakiś czas we własnych kulach.
Wkrótce światów alternatywnych było coraz więcej, a ukrytych
przybywało. Zrozumiał też że rozwój cywilizacji i pęd życia nie ma
niczego wspólnego z ludźmi i ludzkimi charakterami. Po prostu
nastąpił rodzaj kosmicznego przyśpieszenia i ludzie a także ich umysły
poruszały się coraz szybciej, a niektórzy nie wyrabiali. Następnie
dowiedział się że proces przyśpieszania jest zawarty w planie
Bożym. Gdy tylko została osiągnięta masa krytyczna planeta
eksplodowała tworząc nowy wszechświat.
Komputerowa dusza
albo świadomośc zamieszkująca czasoprzestrzeń
-według Clarka
[czyli duch w maszynie, ale
nie De la Metra]
Arysto chodził po
pokoju i rozmyślał, rozmowa ze Żbikiem nie
dawała mu spokoju.
Sam pomysł na jaki wpadł wydawał mu się ciekawy, ale czegoś jeszcze w
nim brakowało. -Może napiszę opowiadanie fantastyczne, bo na teorię
naukową to za mało- myślał. Niby już się zrobił wieczór, i minęło
kilka godzin od ich rozmowy i Żbik dawno temu wyszedł z jego domu, a
klimat i atmosfera pozostały, w postaci śladów jakie po sobie
zostawił. -Już wiem- rozmyślał -napiszę tak: W
czarnych dziurach niby w głębokich studniach jakby
ukrytych przed światem, na samym dnie wszechświata, mieszczą się światy
alternatywne i są niedostępne dla nas. Przynajmniej dopóki
żyjemy. Ale, ... pewnego razu wybrała się ekspedycja złożona z
kilku statków kosmicznych aby zbadać wnętrze jednej z nich. Oczywiście
większość już znikła na samym początku wyprawy, krążąc dookoła czarnej
dziury, a inne zostały wciągnięte w jej bezmiar, i zamieniły się
w długaśną gumę do żucia, rozciągniętą do granic możliwości.
Ale jednemu z nich, ... udało się jakimś cudem dolecieć na samo
dno czarnej dziury i nawet wylądować. Dzięki temu, mogli
dowiedzieć się,
co się dzieje wewnątrz nich. Otóż nie działo sie tam nic
szczególnego. Czarne dziury były jedynie kosmicznymi studniami w
których mieściły się inne światy i wymiary świadomości. Jedne z nich
zawierały w sobie kosmiczne piekła, tam właśnie gdzie
wylądowali. Od istot żyjących w czarnej dziurze będącej w istocie
piekłem,
dowiedzieli się że są inne miejsca i wymiary świadomości we
wszechświecie. A jeden z przebywających na dnie studni człowiek gdzie
pokutował za swoje winy,
opowiedział im historię o pewnej niezwykłej i tajemniczej
planecie. Inne studnie pełniły funkcję tak zwanych “studni
pamięci” , gdzie była zmagazynowana pamięć komórkowa i atomowa
określonych wycinków wszechświata. Jeszcze inne były studniami czasu, a
dokładniej korytarzami czasu, albo wylęgarniami, nowych form życia.
Oto ona, to znaczy historia o tajemniczej i niezwykłej planecie
opowidziana przez człowieka o imieniu Czarli, a podaje ją w
wielkim skrócie.
Krótka opowieść Czarliego
Odłożyłem swoje księgi i pisma na półkę, a przynajmniej te które
ocalały, bo przez parę tysięcy lat, musicie mnie zrozumieć , czy
chcecie tego czy nie, trochę można zapomnieć. Z największym żalem
odłożyłem PROBLEMATA PCHYSICA Arystotelesa, moją ulubioną pracę,
głaszcząc delikatnie jej brzegi oprawione w dobry gatunek skóry.
Więc było tak:
Pewna forma życia, na jednej z planet rozwinęła się tak bardzo, że nie
potrzebowała już materialnych form do istnienia. Rozwinęła się zarówno
w sensie technologii jak i rozwoju duchowego. Krokiem milowym było dla
nich odkrycie maszyny czasu. Dzięki maszynie czasu cofnęli się w
przeszłość i wysłali ekspedycję na Ziemię w poszukiwaniu archaicznych
form życia. Tam a dla nas tu, odkryli w jednej z bibliotek prace Artura
Clarka dotyczące świadomości zamieszkującej czasoprzestrzeń. I
wtedy jeden z uczestników wyprawy o imieniu Mieszko, krzyknął głośno:
-eureka!, dowódco Bojsławie! musze wam powiedzieć, że właśnie
odkryłem lekarstwo na chorobę gnębiącą naszą cywilizację, i chyba nawet
przetrwamy-
- Dałby Bóg Całego Kosmosu, -odpowiedział mu kapitan Bojsław.
O co chodziło? I jaki problem nie pozwalał istnieć i rozwijać się
cywilizacji na tamtej planecie? Z pozoru śmieszny i głupi, a naprawdę
niezwykle poważny. Otóż pewien gatunek pleśni rozprzestrzenił się tak
bardzo, że zagrażał w swojej ekspansji wszystkim formom żywym na
planecie, opartym na białku..
Rada planetarian jaka zebrała się w stolicy największego państwa
planety, postanowiła że ich cywilizacja przeniesie się na inny
wyższy poziom bytu. Na początku używając do tego maszyn, a potem
kiedy osiągnie bardziej wysublimowaną formę istnienia zacznie działać i
żyć jako czysty byt nie potrzebujący do swojego istnienia materii.
Powszechne głosowanie wszystkich wolnych mieszkańców planety poprzez
planetnet zaakceptowało ten pomysł. A zarówno libertarie planety,
jej zależności, i podległości, jak i państwa, oraz wolne
księstwa, których było jeszcze kilka, poparły pomysł.
Ach, śmieszne to były czasy , oni nie wiedzieli, że przedstawiciele
wszystkich religii na Ziemi, i to od tysięcy lat, a może i na innych
planetach robili to od dawna. Robili to chrześcijanie chcący uwolnić
się od materii i przejść na wyższą formę istnienia. Robili to buddyści
w jaskiniach Tybetu, i wyznawcy odwiecznej religii Bon, zwanej
starym buddyzmem wywodzącej się z miasta Buddy Krakocziego czyli
z Krakowa. Robili to także i europejscy prasłowiańscy poganie.
Śmieszne, ludy nazywane prymitywnymi, wierzyły w istnienie, a może
nawet widziały nie posiadające formy bóstwa. Widziały albo przynajmniej
"czuły" Pana Świetego Prawa Świętowita, potężnego Swarożyca i
Trygława, albo Dewalele, Dewanne, i Żywię .
Bardziej “rozwinięte” wierzyły w istnienie tak zwanych „bytów” Wisznu i
Sziwy, a współczesna nauka po tylu latach, w tym i poświęconych na
wyśmiewanie się z dawnych zabobonów, przyjmuje możliwość ich istnienia,
nazywając ich "świadomościami" żyjącymi w czasoprzestrzeni. .
Zaczęli wprowadzać ducha do maszyny. Duch w maszynie to zjawisko
niebezpieczne, bo może
uczynić spore spustoszenia w świadomości ludzkiej. To znaczy rozwijając
poziom życia technicznego, cywilizacja może zapomnieć całkiem o
duchowości, o sztuce, filozofii, i religii. Na szczęście dość
szybko spotkali się z takimi cywilizacjami i zobaczyli że nie tędy
droga. Owszem najpierw pragnęli wprowadzić ducha do maszyny,
”tchnąć ducha w maszynę”
jak to nazywal.. To znaczy wprowadzić świadomość do maszyn
informatycznych i komputerów. Potem były próby przeniesienia w jakiś
sposób świadomości ciężko chorego człowieka do komputerowej
maszyny. Oczywiście nie od razu, bo najpierw taki człowiek który
zgodził się na eksperyment był całkiem poobkładany elektronicznym
żelastwem i podłączonym do czego tylko się dało. W pewnej chwili
okazało się że żelastwa i plastików jest już więcej niż biologii,
i materii organicznej ludzkiego białka. Przybywało plastików i żelaza,
a dzięki najgroźniejszym przestępcom jakim za udział w
eksperymentach darowano karę śmierci, [a musicie wiedzieć że jedynym
miejscem w galaktyce gdzie kara śmierci została zniesiona jest Ziemia,
z czego śmieją się i z jej prawa galaktyczni sąsiedzi]
Spotykali też i innych, którzy na przykład eksperymentowali ze
związkami krzemu i węgla, albo z wirusami komputerowymi. budując na ich
bazie sztuczną inteligencje wirusy miały się stać podstawą KOMPUTEROWEJ
DUSZY
Pojawiały się i przeszkody, natrafili bowiem na niezwykle agresywną
grupę planet tropiących inne formy życia wyznawców zasady darwinizmu
społecznego jak to oni sami siebie nazywali. Zajadle ci
galaktyczni rasiści* uznający jedynie białkową formę życia zwalczali
krzemowęglanowców, i krzemowców, oraz maszynoidy, czyli
świadomości mieszkające w maszynach
zarówno z rodziny transcendentnych jak i ruchomych.
Potem dzięki swoim skanerom wpadli na ślad czasoprzestrzennych
bytów. Skanery które ich tropiciele posiadali w oku wykrywały także i
te formy bytu. Do tego stopnia byli uciążliwi że świadome istności
musiały niejako umierać i odradzać się w innych formach zwykle
materialnych ciałach jako wojownicy i tą drogą okrężną walczyć z
galaktycznymi rasistami. Wojna trwała trzysta gwiezdnych lat.
Następnie prowadzili wojny z tak zwanymi bytami zamieszkującymi
czasoprzestrzeń ale do przetrwania i przeżycia potrzebującymi energii
psychicznej innych istot. Wiadomo nie od dziś że ułomni i z psychiczną
skazą, czerpią siłę i moc z zastraszania słabszych lub bardziej
wrażliwych od siebie istot.
Kontrolowanie innych i zniewalania ich dusz daje im moc, czyli
są demonami. Ale w przypadku tych istot było inaczej, one żeby
przetrwać musiały, po prostu naprawdę musiały żeby istnieć pobierać
energię psychiczna innych. Do tego celu stworzyli w naszej drodze
mlecznej kilkaset farm hodowlanych”. Czyli skolonizowali psychicznie
ich mieszkańców tak że oni nawet o tym nie wiedzieli. Jednak okazało
się że aby żyć potrzebują coraz więcej energii, i zabrali się za próby
skolonizowania i podporządkowania sobie, inne wyższe formy
życia, w tym i te z czasoprzestrzeni.
--------------------------------------
*nazywani też naukowymi rasistami, albo darwinistami społecznymi. Znani
byli między innymi z tego ze wprowadzili wyższość zasady użyteczności i
publicznego dobra a także "demokracji" nad jednostką, rodzina i
mniejszą społecznością ludzką. Dzięki temu mogli prawnie usankcjonować
eugenikę i eutanazję, zabijając już ludzkie płody w łonie matki.
Wprowadzili też nową naukowa religią będąca w istocie zbiorem
pseudonaukowych bredni skostniałych i śmiesznych poglądów, podważanie
tych dogmatów było zakazane, i dzięki temu miedzy innymi przegrali
ponieważ zahamowali postęp techniczny i rozwój nowych technologii w
dziedzinie zbrojeń. Bo wykazanie błędów w ich sposobie myślenia okazało
się niestety niezwykle trudne
Żyje w Twoim śnie.
Jon chodził zdenerwowany po niewielkim mieszaniu. Nie chciał
się spóżnić do pracy, bo to w ogóle nie mieściło sie głowach
starego Dzessa i Toma.
-Tych dwóch świętych pustelników złożyło swoje życie na ołtarzu
nauki, a ja młody asystent nie wiadomo dlaczego dopuszczony do udziału
nad
wielkim projektem spózniam się kochanie- mówił do żony. Jessica
jakby na
złość guzdrała się przy robieniu kanapek, a każdy jej ruch trwał według
Jona całą wieczność. -no wreszcie są- westchnął szybko i
wybiegł prawie z mieszkania. - pa kochanie, do wieczora- krzyknał
jeszcze do
żony zbiegając po schodach na dół, i nie czekając nawet na odpowiedż.
Jessica była bardzo wyrozumiała dla Jona i sporo mu wybaczała, ale
takich chwil bardzo nie lubiła. Ach jaką
mam wspaniałą żonę, prawdziwy skarb. I czym sobie na nią zasłużyłem,
myślał jadąc swoim czerwonym małym autem do pracy. Starym mocno
zurzytym i sfatygowanym alfiakiem.
Co robili? zapytacie.
Naukowcy gorliwie pracowali na okryciem okowizjera, tracąc przy tym
cenny czas, zdrowie i pieniądze, bo robili to dla pożytku chorych , nie
dbając o gaże. Niejeden z nich zaniedbał zupełnie wychowanie dzieci, i
zapomniał o istnieniu żony, ojca albo matki, i już wkrótce stał się
singlem koczującym na przedmieścach w wynajmowanym przez siebie
mieszkaniu..
Pracowali po godzinach, czyli wieczorami i nocą, w wielkiej tajemnicy.
Jak dać ludzkości ten wielki dar, myśleli. -Głusi będą słyszeć, chromi
chodzić, niemi mówić, a ślepi widzieć- mawiali do siebie, niezwykle
ożywieni.
W końcu po latach zobaczyli wreszcie światełko w tunelu, mianowicie
siwy jak gołąbek Dzess,
i z mocno schorowanym kręgosłupem Tom dokonali znaczącego odkrycia.
Mianowicie udało im się stworzyć bionanona, to znaczy taki
procesor który jest oparty na białku, i w swojej pamięci wykorzystuje
kolektywne atomy.
-Jutrzenka ludzkości zaświtała nad światem- wykrzyknęła rano
Anna, asystentka siwego i ciężko schorowanego od nadmiaru obowiązków
Dzessa, młoda ładna blondynka z tlenionymi włosami.
Ale jutrzenka ludzkości nie trwała długa, bo pół godziny później
wkroczyły do laboratorium i biur urzędnicy służb informacyjnych,
konfiskując wyniki eksperymentu i zabierając część naukowców ze sobą.
W laboratorium zapomniano o wszystkim, a nawet siwy Dzess i pokrzywiony
Tom, legendy młodych naukowców odeszły w niepamięć. Jeden z nich,
starszy, a dzięki czemu mający emeryturę Tom, skończył jako alkoholik i
samotnie zapijał się na śmierć w swoim jednopokojowych mieszkaniu
do którego od dawna nikt już nie zaglądał, a nawet listonosz zostawiał
korespodencję na wycieraczce przed drzwiami. I z którego on prawie w
ogółe nie
wychodził, chyba że po alkohol do sklepu, a czasami kupić cos do
jedzenia, by po chwili wrócić szybko do swojej małej fortecy z
plastikową reklamówką wypełnioną jedzeniem i butelkami z alkoholem w
papierowych szarych torebkach. Drugi z nich, siwy
Dzess, pomieszkiwał w
przytułkach dla bezdomnych, korzystając z ich nader ubogiej
i niesmacznej kuchni.
Ale prace nad eksperymentem trwały nadal, co prawda gdzie indziej i w
trochę innym składzie. Zmienili także nazwę okowizjera na
"stereowizora".
Cel był także inny. Otóż celem stereowizora było stworzenie wirtualnej
rzeczywistości w której osoba posiadająca wszczepy odbiera świat przez
anteny, widząc, słysząc, i czując to co przesyłają mu ogromne anteny
nadawcze nazywane przez wojskowych "Okiem Boga".
Zadzwonił do drzwi i zostawił układany w myslach plan działań na
następny dzień. Praca komiwojażera domokrążcy wyczerpywała go, a żeby
zarobić na nędzne życie dla rodziny musiał pracować do póznego
wieczora.
Najważniejsze jednak że zostawili go w spokoju. Prawdoodbnie zapomnieli
o nim, ponieważ prawie wszyscy związani z projektem znikali
nagle.
Zadzwonił jeszcze raz.Otworzyła mu Jessika. Razem zjedli kolacje,
a potem rozmawiali długo i śmieli się. Póżniej pomagali dzieciom
rozwiązywać zadania szkolne.
Gdy już położyli się spać w swoim małżeńskim łóżku, leżeli długo i nie
mogli zasnąć
-Kochanie żyje w twoim śnie, - powiedział wreszcie do żony,
leżącej u jego boku. -Jessico, żyje w twoim śnie- dodał jeszcze nie
wiedząc że jest to tajne hasło deszyfrujące rzeczywistość, takie
współczesne
“sezamie otwórz się”
I.... zobaczyli nagle... zupełnie inną rzeczywistość, obcą
iluzorykom. A
iluzorykami nazywali pogardliwie wtajemniczeni
w system czyli ludzie władzy i służby niczego nie świadomą większość
mieszkańców planety . Zobaczył że Jessika jest jeszcze piękniejsza niż
widziana przez deformujące soczewki zwane “deformantami”, i że cały
świat jest o wiele piękniejszy niż mógł przypuszczać.
Jessiką został nazwany ogromny pokrywający całą planetę system
anten nadawczych i odbiorczych przesyłających iluzoryczną rzeczywistość
mieszkańcom planety. Dlaczego Jessicą? Jessica była kochanką naukowca
który ukradł pomysł dwóm starym profesorom a następnie doniósł o nim
służbom informacyjnym. Został też dobrze wynagrodzony, awansował do
tajnej rady planety, a póżniej został nawet często pokazywanym w
telewizji ministrem.
A co miała wspólnego z jego żoną kochanka naukowca i cały system? Poza
imieniem dość popularnym w tamtych czasach, nic
Różowe kwarcowe prosiaki
-zwane także "kwarcakami"
Bebe wracał do domu po pracy, jak czynił to zawsze od lat. Nie
przystawał praktycznie nigdzie, ani nie zatrzymywał się po
drodze. Zadowolony na początku z braku na ulicach służb kręcących
się ciągle w tych swoich ponurych i okropnie skrojonych
mundurach. Z powodu koloru mundurów nazywanych
szarakami.
Po jakimś czasie w rozmowach ze znajomymi pojawiał się
niepokój, czy brak "szaraków" nie doprowadzi do
wzrostu przestępczości?. Jak się wcześniej cieszyli z wolności bycia
nie obserwowanym i nie zatrzymywanym przez służby, które jak wiemy
wcześniej albo później, ale zwykle wcześniej zaczynają pracować
dla władzy i rządzących, a nie dla tych którzy płacą im za
ich pracę za pomocą swoich podatków. Często nie pytani przez
nikogo o zgodę. Ale zostawmy to.
W kraju zapanowała odwilż. Tak zwana "Jawność". Ulice miast zalała
róznorodnośc
kolorów, fasonów, strojów i mód. A kanjpki zapełniały się ludżmi
przesiadującymi w nich do
póżnych godzin nocnych, i znalezienie jakiegokolwiek wolnego
miejsca nie należało do łatwych. Rosła radość i entuzjazm.
A w przejściach podziemnych młodzi ludzie sprzedawali pierwsze
opozycyjne gazety. Można było swobodnie myśleć i nawet rozmawiać
głośno na
każdy prawie temat. Mało tego władze same domagały sie krytyki
społeczeństwa, w myśl zasady:
BĘDZIEMY LEPIEJ RZĄDZILI RAZEM Z WAMI!!!
albo:
POMÓŻCIE NAM WAMI RZĄDZIĆ, razem
zrobimy to dla was lepiej
Tak naprawdę dążyli nadal do niszczenia ludzkiej woli, stosując swoje
psychosztuczki. Najpierw rozmiękczyli system prawny,
utrzymując że karanie za grożne przestęstwa jest nieludzkie i
niehumanitarne, a następnie w mediach nieustannie użalali się w
nieskonczoność nad cięzkim losem ofiar. Robli ludzią z mózgu zwyczajną
wodę. Bezradnym i zrozpaczonym. A Bebe nienawidził ich.
Ale bądżmy dorośli. Czy jakakolwiek władza rozwiązała sie sama.
Znajdzcie jeśli potraficie w historii świata choć jeden taki przypadek.
Najpierw obsadzili swoimi ludżmi wszystkie ważne dziedziny życia, a
dopiero potem....
Ale Bebe niestety im wierzył. Podobnie jak większość jego przyjaciół
z
dawnej opozycjii.
Czasem także rozmyślał o tym czego dowiedział się z radia,
wolnego już. Jednego dnia na przykład usłyszał że na planecie Ziemi w
pewnym państwie obchodzony jest dzień konstytucji i mówią tam cały
dzień o ojczyżnie. -A czym dla mnie jest ojczyzna, -myślał,
przecież ojczyzna to ziemia przodków, człowiek który niczego nie dostał
od przodków nie ma ojczyzny. Ma obczyznę
Ale nie to było jego problemem, on chciał czymś zabłysnąć i
zaimponować innym tak żeby o nim usłyszeli inni. Pewnego dnia
pstanowił: więcnapisać ciekawy scenariusz filmowy i dzięki temu
stać się sławny w pracy i w okolicy gdzie mieszka.
I zaczął pisać
Na jednej z planet rozwinęła się forma życia oparta na krzemie, ale
rozwój organizmów opartych na krzemie potoczył się w innym
kierunku niż u nas lub na Ziemi [czyli u białkowców]. Otóż forma
ta
nazywana przez mieszkańców innych planet trochę pogardliwie
"kwarcakami" wspaniale przystosowana pod względem mentalnym , i jakby
tu powiedzieć może nawet "była przeznaczona" do myślenia
odczuwania i kontemplacji, ale niestety nie była zbyt
mobilna. Ponieważ musiałą wydalać pioprzez proces
oddychania wprost ogromną liczbę związków chemicznych zarówno
jeśli chodzi o ich ilośc jak jeszcze bardziej o wielkość, z którego
to powodu przedstawicieli tej rasy nazywano czasami "kwarcowymi
świniiami" .
Ewolucja doprowadziła więc do tego że “statycy”, bo tak ich w
opowiadaniu będę nazywał,* nie poruszali się prawie wcale, ograniczając
swoje ruchy do naprawdę niezbędnego minimum, i czasami wydawało sie że
są formą pośrednią między światem zwierząt a roślin. W
podręcznikach do biologi pisało się czasami że kwarcaki "rosną" Również
w odróżnieniu od białkowców wydalanie związków powstałych z oddychania
odbywało się drogą inną, to znaczy głównie polegało
na
wydalaniu pozostałych niepotrzebnych dla organizmu związków,
rozpuszczonych w ogromnej ilości płynów. Nie dość że nie poruszali się
prawie wcale, to jeszcze pili na dodatek ogromne ilości płynów.
Na bardziej zaawansowanym etapie ewolucji zaczęły pojawiać się ruchome
krzemiaki wypluwające niby wulkany ogromne ilości niepotrzebnych
związków w stanie płynnym.
Oczywiście "kwarcowi ludzie"nie próżnowali. Sami dodawali
sobie potrzebnre im do funkcjonowania różne że tak powiem protezy
życia. Dzięki którym różowe kwarcaki poruszały się prawie zupełnie
bezwysiłkowo, i podgrzewały szkodliwe związki wewnątrz organizmu,
aby nie tracić energii, i wydalać z łatwością niepotrzebne odpady
w stanie rozgrzanych płynów,
niby wulkaniczną lawę wulkany.
Zamaskowali też swoją cywilizację aby nikt z zewnątrz nie mógł zauważyć
że na planecie istnieją zaawansowane formy życia. Podobnie jak
maskowali inni. Niektórzy jak na przykład mieszkańcy Neptuna albo
Jowisza byli takimi mistrzami iluzji że zmieniali temperaturę
otoczenia, i zawartość związków chemicznych na ich planecie albo w
atmosferze, aby wprowadzić w błąd czujniki sond, lub ciekawskch
przybyszów. Prawdziwe życie odbywało się oczywiście pod ziemią planety
jak prawie wszędzie we wszechświecie, w ogromnych korytarzach
autostradach, i ogromnych sztucznie oświetlonych
podziemnych miastach.
W ogóle podróżowanie na Planety Krzemowe nie należało do
łatwych.Napisałem "planety", bo kwarcaki zasiedliły pare planet, kilka
księżyców, i jeszcze ze dwie planoidy. Najpierw, lecąc
regularnymi liniami kosmicznymi czekała nas przesiadka, na księżycu
Saturna, Tytanie. Tytan od czasów globalnego ocieplenia jakie zdażają
się w galaktyce co jakiś czas, przeżył gruntowną przemianę.
Większość lodowców na biegunach księżyca stopiła się Te węglowodorowe
jeziora podchodziły aż pod główne lodowisko w miasteczku Tytania.
Miasteczko to dużo powidziane, ot pare malutkich księstw i ze dwie
libertarie na krzyż, zamieszkałe przez wolnych osiedleńców z
Ziemi i kilku innych planet. Jedna chyba naukowa.
Wszystko w szklanych domach ze sztuczną klimatyzacją, ogrzewaniem
i system chłodzenia, i maszynami do produkcji tlenu i uzdatniaczy
powietrza.Cztery knajpki i mały hotel. I całość pogrążona w
potężnych metanowych chmurach, wśród niekończących się metanowych
deszczy.Czękając na swój kosmolot siedziałeś więc w jednej z knajpek
Tytani, zazwyczaj w ekskluzywym "Cassini", i gapiąc się przez
ogrmoną szklaną ścianę słuchałeś jedynego radia księzyca, gadającego
nieustannie, o stanie zachmurzenia, 'nachmurzenia" , i o
deszczach,
popijąc przy tym miejscowe drinki. A prognozy zmieniały sie
nieustannie. Nie raz kosmolot już prawie ruszał, ale gwałtowny wzrost
zachmurzenia i opadów opóżniał lot, a ludzie wraz z turystami
krzemiakami
wracali liniowymi busikami aleją Turtlego do miasteczka,
oczekując radiowych komunikatów w jedynym radiu księżyca, i
wydając w knajpce ostatnie tytanowe płacony.Nie raz też poznałeś
tam małżeństwo kwarcaków z dzieciakami poruszające się na swoich
wózkach nawet w pomieszczeniach. [dopiero w czasie snu kwarcaki
"schodziły" z wózków] i dowiedziałeś czegoś o ich życiu.
Obie cywilizację uważał jednak za dziwaczne.
Na przykład takie kwarcaki nie miały zupełnie poczucia rzeczywistości.
Siedząc na przykład w kanjpce na księżycu Saturna zabiawiali sie w
różne zazwyczaj dziecęce gry pochodzące z innych planet. Albo
wspólnie śpiewały ziemskie piosenki, w rodzaju "mam
huste cz ke ka rbo wa ną wszy s tkie cz tery ro gi..."
lub "my je ste śmy
kra sno lu dki ho psa sa hop
sa sa...."
uważając że świetnie sie bawią. Dobrze też się czuli ze względu
na panujące na księżycu zapachy. Zapachy te maskowały natruralne
zapachy jakie wydzielały ich organizmy przez oddech, powiedzmy że
niezbyt przyjemne
dla większości ludzian.
Tajne Bractwo Noża, Sztyletu i Trucizny
Ziemianie dla odmiany, po drugiej wojnie atomowej, pod koniec
któej Indie, Iran i Chiny zaczęły walczyć ze sobą, ludzie zmienili się
bardzo
i zzdziczeli. Na planecie zostało niewiele. Ocalał Kraków, Delhi, kilka
małych miasteczek w Tybecie oraz Szanghaj.Ludność germańska rawie
całkiem wymarła, a ci którzy pozostali przy życiu , podobnie jak
słowacy, czesi, węgrzy i włosi, oraz ludy południowo i wschodnio
słowiańskie połączyli się i wymieszali z polakami. W ten sposób
powstała Wielka
Pogania, ciągnąca się od Renu po Ural. Na południu grecy doszli
aż po
Afganistan, i ganiczyli tak jak kiedyś z Indiami.Na planecie
funkcjonowały
cztery obowiązkowe języki, polski, grecki, sanskryt i jeden z dialektów
chińskich. Wylały rzek i zmieniły swoje koryta. A morze wchodziło
w wielu miejscach w głąb kontynetu i to znacznie. Przemutowali się też
ludzie. I po jakimś czasie powstało kilka odrębnych ras, nie mogących
się krzyżować ze sobą.
Niemniej większość ziemian pozstałych przy życiu wyemigrowała.
Zasiedlając jako koloniści liczne planety w naszej galaktyce.
Razem z nimi emigrowali też bojownicy podziemnego ruchu walki z
kolektywizmem. Po drugiej wojnie atomowej wielu ziemian za
głównego winnego atomej zagłady uznało kolektywne ideologię
dążące do konfliktów zbrojnych.Bojownicy postanowili więc zniszczyć
wszystkie kolektywne systemy polityczne panujące w galaktyce.
A w każdym kosmolocie mógł lecieć taki bojownik podziemnego ruchu i
śledzący lub ścigający go przedstawiciele służb państw w których
rządziły partie kolektywne. Komunizmy
lub socjalizmy bankowe, naukowe i religijne, albo rasowe.
Wtedy też dochodziło często do śmiertelnego starcia bojowników z
tajniakami, lub jakimś ważnym dygnitarzem kolektywnego rządu. Nieraz
już bowiem znajdowano ciało martwego polityka leżącego na
podłodze w łazience, albo posadzce ubikacji kosmolotu. Zwykle
zasztyletowanego lub otrutego.Bojownicy uchodzili za mistrzów podstępu
noża,
sztyletu i trucizny, i w ogóle uchodzili za mistrzów skrytobójczych
morderstw.A martwe ciało polityka leżało bezwładnie w kałuży krwi
Pocięte i podziurawione nożem.
Ktoś nagle zastukał do drzwi. Stukanie powtórzyło się po chwili.
Odłożył zeszyt i
schował go. Powoli podszedł do drzwi i stanłą przed nimi. Serce
skoczyło mu do gardła. W
wizjerze zobaczył dwóch ubranych po cywilinemu pracowników
służb, tak zwanych "szaraków". Jeden z nich, ten młodszy i
nizszy, powiedział -nigdy nie znikliśmy i czekaliśmy na chwile kiedy
przyjdziemy po ciebie. Ty też na nas też czekałeś, prawda?-
Nic nie odpowiedział. Nałozył powoli ocięzałym ruchem buty, calym
wysiłkiem woli koncentrując się żeby nie upaść, a następnie
kurtkę.Kręciło mu się w głowie a ciała zrobiło się nagle słabe jakby
uleciało z niego życie. Zapaił
papierosa, i wyszli.
Ukryty wzorzec
świata
Czasami z nudów obserwował czasoprzestrzeń, tak jak nasi dawni pogańscy
wieszcze, którzy zamiast nocą spać jak robi to każdy porządny obywatel,
godzinami nieruchomo obserwowali gwiazdy na niebie, a dokładniej jedną
wybraną. Najczęściej była to nie wiedzieć dlaczego któraś z gwiazd z
gwiazdozbioru Oriona darzonego największą czcią w Drzewiani jak i w
całej społeczności Lęchijskiej , -gdzie każda wioska odczuwała jakiś
szczególny związek z jednym tych święcących punkcików na niebie.
Czasami z nudów obserwował czasoprzestrzeń, ingerując przez to w wynik
swojego doświadczenia poprzez zachowanie czyli ingerował w los świata
naruszając przez to jego harmonię*.
Innym razem znowu skupiał czasony, te tajemnicze cząstki czasu,
albo usiłował zagęścić przestrzeń lub rozrzedzić czas [czy to aby
możliwe? ] Lub gdy naprawdę był już bardzo znudzony, czy
też kiedy nie mógł
zasnąć odkształcał i deformował materialne kształty przedmiotów,
podobnie jak czynił to Salwador Dali na swoich obrazach.
Niekiedy też rozmyślał co będzie gdy postawi naprzeciw siebie dwa
lustra.
W sporym ogrodzie przed domem stał średniej wielkości plastikowy
biały stół i krzesła , a on siedział na jednym z nich. Nie musiał
niczego robić, bo
wszystko co miał do zrobienia, zostało wykonane już wcześniej. Teraz to
co się działo w jego życiu było swobodną ekspresją i pozbawioną wysiłku
zabawą, czyli po prostu grą. Życie i świat przepływało przez
niego.
Tak jak dziecko które buduje domki z piasku w piaskownicy lub na
plaży,
by potem jednym gwałtowniejszym ruchem ręki zburzyć je za pomocą
wiaderka albo łopatki trzymanych akurat w dłoni.Czyli zupełnie
spontanicznie.
Po jakimś czasie wstał i spacerował po ogrodzie, między
alejami starych lip i wiązów.
Oglądał kwiaty na klombach i rabatach. Kontemplując ich piękno, patrzył
z zadowoleniem jak podnosiły się do słońca, i wtedy zadzwonił telefon,
-idziemy do ciebie razem ze Złomkiem, cieszysz się? No
powiedz że się cieszysz, będzie nam miło -usłyszał głos Zbyzosa
Kosmicznego dobywający się z plastikowego pudełka telkonu.
Kiedy już przyszli i siedzieli przy białym stole pomiędzy ogrodem a
ścianą domu, pili kawę, palili papierosy i rozmawiali o niczym, patrząc
na liście winogron i bluszczu pnące się wytrwale na
szklanej ścianie domu. Wyglądali na wypoczętych i zadowolonych z
wyjątkiem Złomka, któremu dzisiejszej nocy śnił się "Władzy" [ bo
takie imię przybrał sobie dla zmylenia]
Wlady, używając podstępu uwięził Umiarkowanie i przejął władze
nad światem. W swoim panowaniu nad ziemią dążył do rozmiękczenia
woli ludzi a następnie odebrania ich dusz. Wchodził w każdą dziedzinę
życia ludzkiego i po chamsku rył się gdzie się tylko dało, regulując
praktycznie każdy ludzki krok, ograniczając i wiążąc jego ruchy.
Łaził też po chamsku ze swoimi butami w to co się działo miedzy
ludźmi. Do
swoich celów używał zaś polityków którzy sami sprzedali mu dobrowolnie
dusze za iluzje panowania nad innymi i kontrolowania ich. Pierwszym
który zaprzedał mu duszę złu, był stary socjalista Bismark
Złomek tak naprawdę nie obudził się jeszcze rozglądając zaspanymi
oczami dookoła. Zaglądał przez szklaną ścianę do domu,
gdzie w pokoju na ścianach widniały kolekcje niezwykle gustownych
szabel i przepięknych
noży, oraz starych pistoletów -przedmiot dumy właściciela, obok kolecji
rysunków Malczewskiego, Wyspiańskiego i Norwida. Koledzy
natomiast uważali ze stary Złomiarz ma zwyczajnego pijackiego
kaca, albo pokłócił się ze swoim Piegusem, co dawali wyraz za pomocą
tajemniczych uśmiechów i porozumiewawczych spojrzeń.
W pewnym momencie Zbyzo [jakby chciał go wypróbować i sprawdzić
jego wiedzę] skierował rozmowę na tematy poważniejsze, bo dotyczące
wszechświata, kosmoteologii i dzieła stworzenia. -Która wersja jest
prawdziwa, ponieważ każda ma jakiś sens- zapytał. -Bo
[kontynuował] zasadniczą rzeczą dla naszych rozważań jest czy
fraktale są odwzorowane dokładnie, czy też istnieje pewna dowolność w
układaniu się wzorów istnienia. Jeśli są one poddane, jeśli tak można
powiedzieć
pewnej genetyce, to znaczy że ich program, albo jak ktoś woli wzorzec
podlega “mutacją” i ewoluuje, to wtedy oczywiście nie. A jeżeli są
dowolne to znaczy że różnią się od siebie, co jest chyba
logiczne-
-I jeśli tak- przerwał mu Arysto -to mogą istnieć różne wersje
świata, i nie być ze sobą w sprzeczne To znaczy że zarówno wersja
świata stworzonego przez buddystów, kabałę, jak i ta
chrześcijańska,
mogą być w jakiś sposób prawdziwe. I mało tego Bóg stwarzając świat
sprawił że z mistycznego “podłoża”, czyli duchowej “podstawy” świata
mogą wyrastać tak jak wyrastają różne rośliny, różne jego wersje,
i co ciekawsze one wszystkie mogą być na swój sposób prawdziwe.
Chociaż piętro wyiżej nie przeczę, może istnieć inne “wyższe”
zrozumienie prawdy, a piramida istotności wiedzy jak i bytów robi się
coraz węższa ku górze i każde następne piętro, może zawierać
mniejszą liczbę schodków, to znaczy konkretnie chodzi mi o to że jest
węższe....-
Przerwał mu Zbyzo -i tu nie było by sprzeczności w istnieniu idei
Platońskiej, która niejako jest wpisane we…-
a Złomek kontynuował za niego: -a umysł kształtuje
rzeczywistość wokół nas, układając puzzle
życia, niby magnes układa opiłki żelaza, i nasze sądy oraz
przekonania stają się ciałem rzeczywistości, czyli że to my
kontynuujemy na obraz i podobieństwo Stwórcy nasz świat. I to było by
wytłumaczeniem, dlaczego ludzie tak odmiennie postrzegają świat-.
Wstał i zapalił papierosa, po czym zaczął spacerować wokół stołu,
co wyglądać musiało nieco komicznie, albo przynajmniej śmiesznie, a dla
niektórych denerwująco..
-ale też nie jest i tak Złomiku- powiedział, uśmiechając się Zbyzo -że
świat jest całkowicie dowolny i chaotyczny, ponieważ istnieją jakieś
prawa i zasady zapisane w informatycznym wzorcu którego na razie
istnienia nikt nie odkrył, ani nie dowiódł. A jeśli odkrył, to milczy-
. Skończył, i otworzył butelkę czerwonego wina którą przyniósł
wcześniej z piwnicy. Zbyzos Kosmiczny i
Złomek uśmiechnęli się . Bebe wstał i poszedł do kuchni po
kielchy,
po czym za chwilę wrócił, nalewając do nich wino
-Spróbujmy odkryć tą zasadę - powiedział do siedzących przy stole
przyjaciół.- Tylko jak, i
gdzie jej szukać- Dodał, uśmiechając się przy tym.
-Może ktoś z nas wie?
________________
*po pierwsze: wynika z tego że jakiekolwiek poznanie wyłączone niejako
z naturalnego działania i nie dziejące się „przy okazji” jest
niemożliwe, a każde działanie o charakterze naukowym zabarwione
działaniem ekperymentującego. Drugą sprawą jest pytanie czy my nie
jesteśmy częścią wszechświata, a więc czy nasze działanie można nazywać
ingerencją i to będącą poza harmonią.
Trzecia sprawa to czy wszechświat nie może się objawiać w różnych
aspektach jak na przykład niebo które raz jest jasne w dzień, a
innym razem ciemne w nocy. Wszystkie te kwestie poruszył
w rozmowie ze Złomkiem
Wojownicy wolnego internetu
27 01 2008
Już wkrótce
większość netarian potrafiła bez problemów wchodzić w inną
przestrzeń, zwaną nadprzestrzenią, albo przestrzenią wspólnego umysłu,
a także "przestrzenią wspólnego snu". Ale potrzebowali jeszcze
wracać
do materialnego świata, zwanego przez
nich światem iluzji, do swoich materialnych ciał,.Awatar po powrocie
łączył się z ciałem, co było niezbędne w celu
pobrania odpowiedniej ilości energii niezbędnej do podtrzymania
życia w tamtym nadprzestrzennym świecie.
Próby kontroli netu przez państwo zaniepokoiły ich, choć
państwo z zupełnie innego powodu chciało objąć kontrolą
internet. Chodziło o dodatkowe daniny bo poziom życia władz i
administracji państwa niestety odbiegał jeszcze od poziomu życia jakim
cieszyli się przedstawiciele rzadzących w innych bardziej
rozwiniętych państwach
-autonomiach A przy okazji o zablokowanie nieprawomyślnych i
zagrażających
bezpieczeństwu władzy treści
MĄDRY
ZRÓWNOWAŻONY ROZWÓJ I BEZPIECZNE TREŚCI
głosiło jedno z popularniejszych haseł propagandowych
wyśwetlających sie po włączeniu komputera [ między wierszami
czytaj bezpieczeństwu grupy rządzących]
Trzeba przyznać że sytuacja w państwie nie była najlepsza, nie kończące
się strajki celników i kolejki na zablokowanych do niemożliwości
granicach sprawiły, że eksport i import towarów praktycznie zamarł.
Niektórzy podejrzewali ze powolna praca służb celnych na
przejściach spowodowana jest celowym działaniem, chodziło o
spowolniony przepływ technologii do sąsiednich krajów, które podobno
były opóźnione o kilka lat w rozwoju technologicznym, i taki stan
chciały utrzymać rządzące elity państwa. Po co? nie wiadomo, jeśli
eksport i import praktycznie zamarł.
Naprawdę to skutek był odwrotny od zamierzonego, bo
nie eksportowali mieszkańcy państwa nadmiaru wytwarzanych przez
siebie towarów za granice, ani nie importowali tanich towarów i
surowców z zewnątrz
Niektórzy uważali że działo się tak z powodu tajnych
porozumień międzynarodowych, a sami celnicy byli niewinni i
wykonywali polecenia. Zresztą mieszkańców kraju takie
rzeczy
specjalnie nie interesowały, jedyne co ich naprawdę interesowało to
czynienie ciągłej pokuty. Urządzali więc procesje pokutne na
kolanach chodząc po głównych ulicach miasta kraju i wykrzykując
"moja
wina," na co odzywały się głosy, "Nieprawda bo moja",
"właśnie że nie , bo ja jestem najbardziej winny i grzeszny"
Wyznawali też sobie na ulicach grzechy, albo stojąc w kolejkach podczas
zakupów , ale też lubili chętnie opowiadać o prawdziwych lub
prawdopodobnych grzechach sąsiadów ludziom których uważali za tajniaków.
Oprócz tego, uwielbiali poświęcać się. Podczas
spotkań towarzyskich po chwilach uciążliwego i trudnego do zniesienia
milczenia, zwykle wstawał jeden z nich i wykrzykiwał: "Poświęcać się!
ach poświęcać! tak zostało nam wyznaczone", na co inni zgodnie
odpowiadali "zostało wyznaczone, zostało nam wyznaczone, zostało
przepowiedziane"' -przez kogo, dlaczego i jakie są na to dowody i
podstawy, o tym już niestety nie wspominali, a gdy jakieś dziecko w
"deche", [- jest to slangowe określenie dziecka chorującego na nie
istniejącą i wymyśloną chorobę o nazwie hdchd] zadawało takie
niedyskretne pytania, otrzymywało odpowiedż "cicho siedź smarkaczu,
usiądź w rogu pokoju i nic nie mów".
Sąsiedzi z innych państw i planet przyjeżdżali na ten "kabaret",
żeby się pośmiać, bo tak dziwnych i nie praktycznych ludzi jak
żyli nie widzieli.
Leczenie było w tym kraju przymusowe, i niewielu miało odwagę się
sprzeciwić, -bo to i tak by nic nie dało, a potencjalny buntownik mógł
zyskać na dodatek kilka punktów karnych i być poddany zabiegowi
eutanazji wcześniej niż tego mógłby się spodziewać. To znaczy
nawet przed przejściem na emeryturę.
Zabiegowi usypiania poddawali byli prawie wszyscy starsi i chorzy
mieszkańcy kraju, od czasu gdy przymusowe fundusze emerytalne i
zdrowotne zostały przez rządy i obracające nimi firmy zdefraudowane, i
zbankrutowały jeden po drugim. Jak i wszystkie zresztą państwowe
lub symbiotyczne systemy emerytalne na planecie. Bo nie
łudźmy się kto dobrze będzie gospodarował cudzymi pieniędzmi, nie
ponosząc przy tym żadnej odpowiedzialności za straty [ muszą dodać że
przymusowe ubezpieczenia i przymusowe składki na służbę zdrowia były
jednym z najlepszych i najbardziej pomysłowych oszustw jakie zostały
wymyślone przez urzędników państwowych w celu większego wyzysku
biednych i słabych ludzi]
Usypiali też dzieci*, chore i słabsze. Czyli takie które
prawdopodobnie nie przynosiły by porzytku trzymającej władzy
elicie w postaci danin podatkowych w przyszłości, a o uśpieniu
decydowało konsylium lekarskie, bo oficjalnie, cóż za zakłamanie i
obłuda!
"chcieli żeby biedne dzieci nie cierpiały"
Usypianie poprzedzał specjalny obrzęd na początku którego kapłani
zwracali się do lekarzy z prośbą o uśpienie wygłaszając
formułę:
"och zlituj się bracie w białym kitlu, dla jego dobra spraw aby
nie
cierpiało"
na co lekarze eutanazatorzy odpowiadali dwukrotnie "wyrażam zgodę,
pomimo bólu powodowany troską, z wielkim smutkiem wyrażam
zgodę", uderzając przy tym
stalową laską, [która tu była oznaką władzy i wysokich urzędów] w
podłogę. Oczywiście były to jedynie puste formułki, a za uczestnictwo w
rytuale dostawali jakieś drobne pieniądze.
Ale większość dorosłych jak i dzieci i tak umierała w szpitalach,
będących w istocie bardziej zakładami służącymi do umierania niż
leczenia, pełnymi nowych zmutowanych wirusów i szczepów bakterii na
które nie było lekarstwa.
Po urodzeniu dziecka, państwo zgodnie z międzynarodową
Konwencją Praw Zjednoczonego Narodu, musiało wyposażyć go w czipy,
wszczepy, wewnętrzne modemy [intomodemy] i łącza z interem,
urzędem kontroli, oraz z systemem "żywego tele", -czego najbardziej
domagali się rodzice.
Nazywano to całe elektroniczne badziewie, " becikowym" albo
"wyprawką" jaką ofiarowało państwo młodym obywatelom na nową
drogę życia [-państwo i tak robiło to za pieniądze podatnika
zabrane im wcześniej w postaci przeróżnych przymusowych świadczeń, i
kreatywność jego funkcjonariuszy w tej dziedzinie była wręcz
nieograniczona, -ale ciemny lud o dziwo łykał to jak zawsze, i
zachwycał się
dobrotliwością swoich panów ]
Urządzenia kosztowały sporo i nie było żadnej gwarancji że
się ich koszt zwróci, bo przeszło połowa zdolnych do
pracy ludzi nie miała jej, i w związku z tym nie płaciła
podatków, a większośc zatrudnionych wykonywała zawód urzędnika nie
wnoszący żadnego dochodu do państwowej kasy.
Nadworni pisarze i myśliciele natomiast na zlecenie władz pracowali nad
obecnie modną a odgórnie przez konwencje międzynarodową nakazaną
"koncepcją porozumienia i mądrego wzrostu" - w myśl której
należało równo rozprowadzić odpowiedzialność za ostanie wojny na narody
agresorów, tych na których ziemiach mieściły się obozy
zagłady, i tych które poniosły w obozach największe ofiary
- w myśl bełkotliwych formułek:
"winni jesteśmy my wszyscy",
i „wczytać
się ponownie w historię,
pochylając nad nią z troską"
[tytuł artykułu w jednej z większych gazet codziennych na pierwszej
stronie dziennika]
A "przewartościowanie myślenia", [zwane także „mentalnym zwrotem w
stronę kontynentu”] w społeczeństwie kosztowało niestety niemało,
trzeba było zmieniać scenariusze filmów, treść książek, i nawet stare
artykuły w gazetach i czasopismach.
Dzieci w tym kraju spędzały czas przed ekranem monitora, najpierw
żyworeagującego na impulsy płynące od człowieka, a potem połączonego
dla wygody plątaniną kabli z człowiekiem. Gdy takie dziecko
przychodziło do domu to miało wielką wygodę, wystarczy że podłączało
wtyczkę przewodu połączonego z mikroprocesorem ukrytym wewnątrz ciała i
już komputer działał.potem technika poszła jeszcze dalej, wymyślono
"żywy net".
Dzieci więc prawie nie wychodziły z domu, a kiedy w święta rodzice
usiłowali je zabrać na spacer, ubrani w swoje świąteczne mundury, od
razu wyczuwały że mają do czynienia z fałszem, ponieważ akcje
rodziców czynione były na pokaz, -w ogóle wydaje się ze życie na pokaz
dominowało.
I nieraz zdarzało się że podczas spaceru, kiedy matka ciągnąc na siłę
swoje dzieci za sobą spotykała na ulicy jakąś znajomą lub nieznajomą
krytykującą lub wręcz atakującą jej dzieci kobietę, zamiast
je bronić dodawała im jeszcze szturchańców.
Nic więc dziwnego, że dzieci nie przepadały za spacerkami
A jak dorastały, także nie wychodziły zbyt często z domu, ponieważ
przytłaczająca większość mieszkańców kraju była niezwykle interesowna,
a innych postrzegała pod kątem tego do czego mogą im się przydać i co
można od nich uzyskać [w slangu młodzieżowo-dziecęcym planety używano
bardziej dosadnego słowa ‘wycyckać”]. A pod pozorem pokory kryła się
potężna dawka interesowności i cwaniackiego podejścia do życia.
Godzinami więc i miesiącami, polowali na ludzi jacy mogą coś za nich
lub dla nich zrobić [nazywając ich jeleniami], choć czasami wystarczyło
poświęcić chwile czasu, dosłownie małą chwilę, aby rozwiązać problem
lub wykonać samemu daną czynność.
Dzieci były spokojne, podobnie jak i dorastająca młodzież, ale zdarzali
się też i młodociani chuligani, nic poważnego, poza tym że czasami dla
żartu wydłubywali sobie spod skóry czipy i w zawiesinie z żelu
nazywaną " łożyskiem", [bo miała podobną temperaturę do ciała
ludzkiego] w takim rodzaju otuliny z folii umieszczali
„czipusia”, a następnie torebkę podkładali pod stojący autobus
przyklejając ją plastrem do podwozia samochodu, i „czipcio” cały dzień
jeździł
razem z autobusem po mieście, a oni krzyczeli wtedy rozbawieni:
-czip, czip, czip, choooodż kurko po ziarnko- po czym
wybuchali śmiechem,
albo: -czip czip, hura hura hura!!!-
Biedni pracownicy namiaru wariowali i dostawali
ataków rozpaczy wyrywając sobie włosy z głowy, nie mogąc zrozumieć co
się dzieje. Kiedyś stosowano takie numery z komórkami, do
wyciętego w siedzeniu autobusu otworu, wkładano telkom
obserwowanego gościa. a następnie szybko zaszywano pokrowiec tak aby
nikt tego nie zauważył, i komórka jeździła cały dzień
autobusem [ e tam zaszywano, zaklejano, albo spinano
takerem lub agrafkami. Komu by się chciało zaszywać].
Innym żartem było szybkie przykładanie do miejsca w którym
umieszczony został czip bardzo głośnego źródła dźwięku na
przykład włączonego na cały regulator radia, i jeśli ktoś z informacji
był właśnie na nasłuchu podskakiwał do góry, w chwili
gdy dźwięk dochodził do jego ucha gwałtownym strumieniem, a na jego
twarzy malował się grymas wściekłości .
Dziennikarze nie sprawiali kłopotów, ponieważ całkiem nieźle zarabiali,
a za ciekawostkę należy uznać że ci którzy najbardziej pasjonowali się
sportem, nigdy wcześniej sportu nie uprawiali. Ci którzy znowu
znani byli z działów poetyckich lub literackim nie mieli nic wspólnego
z poezją, teoretycy filmu byli jedynie teoretykami, a pracownicy
działów poświęconych teatrowi nie mieli do czynienia z teatrem i nie
wiedzieli jak się pisze sztuki teatralne .
Może to i dobrze, bo niechęć starszych poetów do początkujących
jest w tamtym kraju znana, i zwykle gdy tylko mają okazje rzucają się
na debiutującego a niczego nie świadomego kolegę, jakby chcieli go
rozdeptać albo rozszarpać, w ramach niszczenia konkurencji -po takiej
inicjacji jeśli nadal był poetą i nie stracił
wiary w siebie, w życie, i na dodatek w poezję, był już nie do ruszenia
.
Jedyne problemy jaki się pojawiały w ichniejszych mediach,
to problemy na przykład związane z kotkiem kogoś bardzo ważnego.
Otóż prezydent leciał na ważną wizytę z innym nie mniej ważnym
prezydentem aby ustalać ważne sprawy, ale koło ważnego urzędu przeszedł
kotek kogoś ważnego i nie został zauważony. mało tego premier nie
powiadomił należycie szybko o tym fakcie prezydenta, jakby go nawet
chciał przed nim ukryć. obwiniali się więc nawzajem całymi
tygodniami w mediach, ze swoimi biurami urzędami, sekretariatami oraz
gabinetami .Do kogo należał kotek? media o tym nie wspomniały.
Zazwyczaj jednak panował błogi spokój, a władza była władzą na
niby. Ponieważ podczas integracji europejskich mieszkańcy kraju
wyrzekli się suwerenności na rzecz „Wspólnoty”, i od tego czasu
prawsziwą władzę
zwierzchnią pełnili urzędnicy wspólnoty.
Niektórzy z wycieczkowiczów jakich tam bywało sporo, dzięki tanim
liniom lotniczym, i tanim kosmolotom, [ a przylatywali zwykle w
kosmodyskach] zadawali pytania, -czy nie rozsądniej zamiast aktu pokuty
byłoby naprawić wyrządzoną
szkodę? albo przeanalizować sytuacje i sprawdzić czy pokuta jest w
ogóle uzasadniona.
'Ma swój smak dla mieszkańców kraju, widocznie lubią to", myśleli
sobie, podobnie jak i poświęcanie się
W każdym razie dziewięćdziesiąt procent mieszkańców ‘'dziwnolandu",
albo "dziwolandu" uważała że wszystko co najważniejsze mieści się na
zewnątrz i leży poza nimi, a oni sami są niewiele warci .Każdy
obcy im bardziej był na zewnątrz był ważniejszy od żony, męża, albo
rodziców czy też dziecka. A im dalej tym lepszy.
I tak na przykład dziecko siostry było ważniejsze i lepsze od swojego,
ale już przy dziecku dalszego kuzyna bladło i traciło blask, a ono z
kolei stawało się nieważne przy dziecku znajomych, nic nie
liczącym się wobec dzieci obcych.
Tak samo było z żonami mężami dziewczynami i chłopakami, im bliżej tym
byli gorsi i mniej ważni.
Do tego dochodziła jeszcze dziwna przypadłość żyjącym w kraju ludzi,
otóż byli ewenementem w skali galaktyki, ponieważ swoją agresję
kierowali do wewnątrz co nawet było przecież niezgodne z
prawami biologii, a więc zamiast wykorzystać agresje do obrony siebie i
swoich najbliższych używali jej do atakowania siebie i swojej rodziny
na zewnątrz byli zaś potulni jak baranki.A gen autodestrukcji był
niestety wśród populacji powszechny .Badacze z całej
galaktyki przybywali aby prowadzić badania nad tym dziwnym ludem.
Nieliczni buntownicy zostali już dawno wyłapani i spaleni na stosie w
licznych procesach o czary. Co nie było wcale trudne, bo prokuratura,
policja i sądy pracowały na zlecenie władz, a gdy takiego nie było
działali na swój własny użytek. Po jakimś procesie starsi dowcipni
ludzie, którym na niczym już nie zależało mawiali: -znowu zagrali na
organach niesprawiedliwości-,
a jeśli proces był mało ważny, mówili do siebie -znowu zagrali na
organkach niesprawiedliwości-
Inni którzy mogli się zbuntować wyjeżdżali do pracy za granicę, a
pozostali czyli netarianie nie interesowali się już problemami
społeczności pokutnych. Ich interesowały inne wymiary, a bunt o wolność
netu spowodowany
był właśnie walką o swobodny przepływ netostradą do innych
wymiarów i chwilowych powrotów na ziemie do swojego ciała gdy
awatar musiał z powodu wyczerpania energii połączyć się z materialnym
ciałem.Walką o szlaki komunikacyjne.
Późniejsze przypisywanie netarianom walki wyzwolenie społeczne i
narodowe, zupełnie mijało się z prawdą...
_________
symbiotycy"- prywatne firmy wyznaczane przez państwo do
świadczenia
przymusowych usług przez obywateli na ich rzecz bez gwarancji
odbioru swoich pieniędzy w przyszłości [ przez świat podziemny nazywane
"nową gangsterką", lub też wyższą formą gangsterki, albo gangsterką w
białych rękawiczkach
Monarchia Wolna Białoruś natomiast z powodu biedy zamiast prawdziwych
czipów i wszczepów, wszczepiała obywatelom atrapy aby oszu"sykać
międzynarodowe agencje, której przedstawiciele bardziej byli
zresztą zainteresowani białoruską wódką z puszczy białowieskiej, lejącą
się podczas uroczystych kolacji strumieniami, i białoruskimi
dziewczynami, oraz zakupem tanich prezentów dla rodziny,
-dziękować Bogu że nie byli służbistami,
bo dzięki oszczędzaniu na drogim systemie monitoringu ludności, i
wolnorynkowej gospodarce stała się bogatym i nieźle rozwiniętym krajem
A wolną gospodarkę wprowadzili trochę przez przypadek, ponieważ nie
mieli kadry wyszkolonych urzędników i drogiego sprzętu komputerowego.
Byli więc na nią skazani, a jak to oni mówili "taka karma, albo takaja
karma" mawiali też "wolna gra umysłu, i wolny rynek"
Polacy chcieli im wypożyczyć co prawda kilka milionów urzędników
administracji i dwa miliony aktywistów związków zawodowych, ale na
szczęście nie zgodzili się, uważając że wśród urzędników i związkowców
mogą się znaleźć polscy szpiedzy, bali się też że część z nich nie
wpuści Polska z powrotem do siebie, i problem z ich utrzymaniem
przejdzie na rząd białoruski, który znowu w chytry sposób musiałby ich
wyeksportować do Rosji
państwo wp... się do wszystkiego do czego się tylko
wpieprzyć mogło obrzydzając życie mieszkańcom, wpierdalało się nawet
do nadawania imion dzieciom przez rodziców. Istniał urzędowy spis imion
które mogli nadawać rodzice swoim dzieciom.
Planeta małp
2008-01-27
Wolność została
zakazana jako niebezpieczna dla zdrowia i szkodliwa. Na
opakowaniach żywności jak i paczkach papierosów widniały napisane
wielkimi literami hasła: "Wolność jest szkodliwa dla zdrowia, -wybór
należy do ciebie", takie same napisy ładnymi kolorowymi literkami w
kształcie zwierząt mogliśmy przeczytać na opakowaniach cukierków i
czekolad, a także na zabawkach dla dzieci.
A gdy naukowcy udowodnili że wychodzenie z domu jest potencjalnie
niebezpieczne i może stać się przyczyną wielu chorób a nawet wypadków,
-ludzie praktycznie przestali wychodzić z domu. A ta udomowiona,
hodowana w wielkich blokowiskach planety rasa, stawała się coraz
słabsza i słabsza, ponieważ mechanizmy obronne organizmów ludzkich
malały a nawet zanikały
Nauka na planecie przypominała martwy systemem wierzeń i
obrzędów, a żaden ekspert w swojej dziedzinie wiedzy nie zrobił niczego
nadzwyczajnego, lub choćby ponad statystycznego. Dobrze jeśli wynik ich
pracy nie był gorszy wyniku poprzednika, i jedynymi sukcesami mogli się
pochwalić amatorzy, którym czasami udawało się przedrzeć przez mur
barier i przemyślnie skonstruowanych systemów ochrony, stanowiących w
istocie rodzaj mentalnych zasieków, ale byli to zwykle zamachowcy i
dyktatorzy wojskowi którzy wprowadzali reformy w dziedzinie gospodarki
i ekonomi. Były to jedyne udane reformy, którymi planet'janie
mogli
się pochwalić. Mogli się pochwalić ponieważ w ich otoczeniu nie było
specjalistów i profesorów od ekonomi, tak naprawdę to strażników
starego i skostniałego systemu obrzędów i wierzeń nie mających wiele
wspólnego z rzeczywistością. Ich zadaniem było pilnowanie aby bez
względu na fakty, obyczaje i wierzenia, w sposób nie zmieniony
przetrwały i zostały przekazane następnym pokoleniom w pod postacią tak
zwanej tradycji.
Każdy niepokorny naukowiec mający dusze badacza mógł się liczyć z
najgorszym, z wyśmianiem, zwolnieniem z pracy, i uznaniem za szaleńca.
Jeśli spróbował naruszyć stary ład spotykała go kara, a poniżony i
upokorzony resztę życia spędzał w domu, na utrzymaniu rodziców lub żony.
Wkrótce pojawił się ruch wyzwolenia małp, -utrzymujący że wszystkie
istoty są równe, a gdy dla świętego spokoju naukowcy i badacze
przyznali im rację, natychmiast zażądali uznania że jeśli są równe to i
takie same, a między ludźmi i małpami nie ma żadnej różnicy I o
dziwo, udało im się
Zaczęli też pierwsi najbardziej fanatyczni aktywiści ruchu wchodzić w
pierwsze związki z małpami noszącymi tu drzewiańską nazwę opo.
Małżeńskie w stosownym urzędzie lub kościele ponieważ związki przed
sobą i Bogiem zostały zakazane jako niepoprawne. Parę zdań o
mieszkańcach planety. mówili językiem podobnym do wymarłego
już na ziemi języka morawskiego, a właściwie był to język pośredni
między językiem ludu państwa wiślan a językiem morawian, z czego
naukowcy wysnuli teorię że mieszkańcy planety są plemieniem żyjącym
kiedyś pomiędzy państwem wiślan a morawian, -prawdopodobnie
byli spokrewnieni z plemieniem gołęszycan, -a w jaki sposób lud
ten przeniósł się w statkach kosmicznych na odległą planetę tego nie
wiadomo, choć fizycy przypuszczają że miała miejsce masowa teleportacja
[na skutek stresu, podczas inwazji awarów wyzwoliły się w nich jakieś
nieznane właściwości, które po pojawieniu się na planecie zanikły
tak szybko i nieoczekiwanie jak się pojawiły]
Planetjanie pogrążeni w bezruchu, nade wszystko kochali żałoby
narodowe, i podczas niekończących się żałób narodowych
ogłaszanych w państewkach planety ożywali, lubili także pokuty
choć inni podejrzewali że robią to jedynie na pokaz, i zarówno
ich pokuty jak i żałoby nie są szczere. Uwielbiali też przegranych
bohaterów, ale dopiero po śmierci, a ich kalendarze pełne były
świąt w których czczono przegrane wojny, powstania i projekty. te
wygrane bowiem nie liczyły się , a zwycięzcy uchodzili za nieuków
i odstępców Planet’janie poddawani byli też ciągle swojego
rodzaju
kolonizacji wewnętrznej i indoktrynacji, pomimo tego że musieli łożyć
przymusowe daniny na publiczne stacje radiowe i telwizyjne , to
praktycznie już w programach przeznaczonych dla dzieci
mogli usłyszeć że mieszkańcy innych planet to ho ho ho , a oni,
oni są niczego nie warci, ot takie kosmiczne zera, pełne
kosmicznej próżni.
Poddawani byli tez różnym rytuałom wyrzekania się siebie.
Już w przedszkolu dzieci w formie niby zabawy brali udział w
rytuale nazywanym "Rytuałem wyrzekania się siebie", i wyglądał on mniej
więcej tak: "ja, mały Tomek, lub Olek, wyrzekam się siebie, bo chce być
miłym i grzecznym chłopcem, a wszystko co na zewnątrz mnie jest mi
bliższe i lepsze, zabawki moich kolegów są ważniejsze od moich zabawek,
i ich samochodziki, i lalki dziewczynek, i oni sami i one"
Gdy już podrastali podczas obrzędu czipowania i wręczania dowodów
identyfikacji osobowej na największym placu miasta lub wsi gdzie
mieszkali następował "rytuał wyrzekania się duszy", a
rytuał zaczynał się od słów : "ja taki i taki wyrzekam się swojej
duszy,
wszystkie kanty i całą porowatość na szkodliwym ciele mojej nie
uprawianej osobowości obiecuje wyszlifować mając świadomość że wszystko
co na zewnątrz jest lepsze i ważniejsze, inni ludzie są ważniejsi ode
mnie...", i tak dalej, i tak dalej. Skąd się wziął rytuał zapytacie?
-ano na początku, czyli u źródeł
jakbyśmy to dziś powiedzieli, wymyślony został w celu obniżenia
agresywności w ogóle i agresji wewnątrzgatunkowej. Potem gdy się
okazało że
działa jedynie u tych którzy i tak nie są agresywni, a na dodatek
wycofani i mało aktywni, psycholodzy postanowili ukryć wyniki badań aby
nie nastąpiła kompromitacja "Katedry", jaką reprezentowali i
eksperyment trwał w najlepsze dalej.
Później polityczna klasa rządząca nazywająca siebie "Grupą trzymającą
władzę' postanowiła wykorzystać te rytuały do większego
rozmiękczania charakterów i umysłów poddanych, aby rozmiękczeni
poddani nie podnosili już nigdy żadnych buntów przeciw władzy,
tak uporczywie uświęcanej i sakralizowanej przez miejscowy
Planetarny Kościół, którtego pierwsze przykazanie głosiło:
"Władze
stworzył Bóg Planet, Wielkim Planetariuszem zwany, i ona jest święta
czego by
nie robiła...."
Dalej już siłą rozpędu nazywaną tu tradycją rytuały żyły swoim życiem,
choć ludności bunty bynajmniej nie były w głowie, bardziej interesowały
ich żałoby, i animo-aktywizm, no i do tego dodać należy myśli
największego filozofa planety Legencjusza, zwanego też Lezencjuszem.
Lezencjusz mianowicie twierdził że człowiek stworzony jest do bezruchu,
i każda myśl a nawet oddech jest niebezpieczny i szkodliwy dla
organizmu ludzkiego. należy więc wyzbyć się wszelkich myśli i
aktywności fizycznej przebywając w "cudownym stanie trzech B [3y B]
bezmyśli bezruchu i bezoddechu" – z 'Myśli zebranych' Lezencjusza
nieoficjalnej Biblii planety, strona 137] -złośliwi dodwali czwarte B
będące rezultatem poprzednich to
słowo zaczynające się na B brzmiało nie mniej więcej tylko: BRZUCH
W pewnym momencie lezencjuszanie inspirowali się nawet naukami
"Największego z Rodu Ariów", który także i tu w jednym ze swoich
wcieleń przywędrował aby nauczać dharmy o istocie rzeczy, ale gdy
okazało się że istotą tych starych nauk jest nielgnięcie i
nieprzywiązanie się nadmierne do swoich myśli, rzeczy i czegokolwiek, a
nie chodzi o spychanie lub blokowanie myśli i aktywności, zarzucili te
nauki, chociaż niektórzy pod pozorem praktykowania Lezencjonizmu
praktykowali w istocie nauki Czczonego Przez Świat. Gdy ich kto zapytał
co robią, mówili -kontrolujemy własny oddech, albo kontrolujemy swoje
ciało aby się nie poruszać [bo kontrolowanie siebie uchodziło tu za
wyższą formę rozwoju społecznego]....
Tak naprawdę to władze jak i tajne służby od dawna były przeciwne
głupawym naukom Lezencjusza jak i szkodliwym rytuałom, ale że w swojej
gorliwości kościół włączył je do kanonu wiary, nie bardzo było wiadomo
co z nimi zrobić.
Więc kreowały podziemne ruchy przeciwników teorii bezruchu, i
wyrzekania się duszy, bowiem bezradność na planecie osiągnęła apogeum,
a tacy ludzie stawali się rządzącym nieprzydatni, i nie przynosili
rządzącym wystarczających dochodów.
Wrócono wtedy nawet do planetarnego odpowiednika ziemskiego taoizmu
których jedna z pierwszych tez brzmiała : "co za sztywne to się musi
rozpęknąć, a co za miękkie bez wątpienia stężeje"
Ale wróćmy do naszych uroczych "małpoidów' tu jak wspomniałem, z
drzewiańska nazywanych opo.
Małżeństwa z małpami stały się prawie powszechne, a nawet ci
którzy kilkadziesiąt lat temu weszli w ramach powszechnie
obowiązującej mody w związki małżeńskie z przedstawicielami tej
samej płci, wstydzili się tego bo stały się już dawno niemodne, a oni
byli nazywani burakami. Wyrzucali więc swoich partnerów na ulicę, i
wiązali się z małpami, choć część z nich wchodziła w związki małżeńskie
z partnerami tej samej płci nawet jeden z kardynałów [ czego to się nie
robi aby przypodobać się innym] który pomimo przysięgi bezżenności
wszedł bo jak uważał przysięga dotyczy jedynie partnerów odmiennej płci
,rozstał się ze swoim homoseksualnym partnerem obiecując mu co prawda
wysokie alimenty, i odszkodowanie, i wszedł w małopidalny homoseksualny
związek, pomimo drwin kolegów bo naprawdę uważany był za istotę
aseksualną i sprawami seksu nie zainteresowaną.
Pojawił się też problem potomstwa bo dzieci z takich
małżeństw mogły jedynie powstawać pozaustrojowo w laboratoriach,
więc nie każdego było stać na małego uroczego małpoida, przedmiotu dumy
każdej nowoczesnej mamy i każdego nowoczesnego taty. gdy taka mama
spacerowała ze swoim małym uroczym małpoidem, i zobaczyła ich
zzieleniała z zazdrości zwykła nie nowoczesna i biedniejsza
matka, uderzała wtedy ze złości swoją zwyczajna ludzką córkę albo syna
pięścią w plecy i krzyczała "nie garb się", po czym ze spuszczonymi
głowami wracali oboje do domu.
Niektórzy , choć ich była mniejszość wchodzili w związki
małżeńskie z przedstawicielami innych gatunków zwierząt, a szczególnej
nobilitacji doznały psy i koty uczynione już wcześniej panami domów.
Jak zakończyła się historia?,- jeden z młodych badaczy znalazł ukryte w
archiwach kościoła planetarnego stare zapiski, według których pierwsi
osadnicy teleportowali się z państwa wiślan, z terytoriów położonych
gdzieś pomiędzy Raciborzem, Skoczowem a Wisłą, a ziemscy historycy jak
zwykle wszystko pomylili i odwrócili. Książę panujący na Wiślech
"groźny wielce" nie walczył wcale z morawianami tylko z awarami, a
walczył dlatego że w przypadku przegrania wojny i poddania się awarom
mogło dojść do mieszanych małżeństw wiślańsko-awarskich, a jak się
okazało wiślanie byli jedynym plemieniem nie zmieszanym z
przedstawicielami gatunków zwierząt.
Bo nie była to niestety pierwsza planeta mieszańców, a aktywiści
wszechrówności i wszepoprawnosci latali od tysiącleci na inne
planety propagując swoje szkodliwe poglądy.
Ślady tego pozostały w mitach i religiach ziemian, szczególnie
tym mówiącym o zdradzie Ewy w Ogrodzie zwanym Rajem, kiedy to miał
miejsce pierwszy związek ludzko-małpi, a wąż naprawdę był nieźle
opłacanym działaczem wszechpoprawnosci, zwanym Wszechpoprawnym Agentem
Drugiego Stopnia.
Jednak część nie zmieszanych z małpami i innymi zwierzętami ludzi udała
się na mało dostępne tereny państwa wiślan na kopcach i kurhanach
przeżywając potop.
Genialny Darwin wpadł na trop, zauważając podobieństwo większości ludzi
do małp, choć żebyśmy byli szczerzy pierwszy raz wpadł na ślad patrząc
rano na swoją twarz w lustrze podczas porannego golenia. Jego nauki
oczywiście zostały przeinaczone przez "poprawnych poprawiaczy świata"
którzy cały czas przebywają na naszej planecie i potajemnie kontrolują
ziemian...
Inny taki ślad istnienia hybryd na ziemi przetrwał w mitologii
greckiej, ale łączenie się w związki genetycznie, z innymi gatunkami
oprócz małp było niemodne i traktowane jako swojego rodzaju kuriozum.
Dodam że język nie był wcale językiem morawskim, ale wislańskim, a
wislanie teleportowali się z odległego Wylatowa położonego
gdzieś na granicy wielkopolski i kujaw.
Podobno jedna z grup „Niezmieszanych” pochodzących z okolic Chodlika i
kopca Kraka, udała się [być może przez pomyłkę] na inną planetę, gdzie
do dziś żyją ich potomkowie, -o czym wspominają odkryte w kościelnym
archiwum zapiski.
...kilku młodych badaczy postanowiło tam natychmiast polecieć,
__________
-wybaczcie ale nazwy planety na wszelki wypadek nie zdradzę, dodam
jedynie że jest położona w odległym gwiazdozbiorze...
koniec.
Inne
opowiadania autora dostępne w sieci: inne opowiadania autora takie jak: "obudziły się wulkany"
"rozmowy ze złodziejami"
dramaty, sztuki i skecze teatralne
-popielidzi
-poemat pogański, -albo kwiat paproci
-Zbigniew i Bolesław
-Święty Stranisław
[adresy do pozostałych, takich jak: "Walerian Łukasiński", czy
"Tadeusz Rejtan" znajdziesz w blogu autora] zbiór dramatów