Historie alternatywne

Zee Jop "Cyberius"



LAZUROWA KOMNATA

Siedział w pomieszczeniu na czwartym piętrze wieży [gdzie mieszkał zanim przeniósł się do swojej Lazurowej Komnaty ] i wyglądał przez niewielkie okno, spoglądając na dwa sporych rozmiarów wzgórza, z położonymi na ich szczytach klasztorami. Na jednym wzgórzu tym bliżej niego i bardziej po lewo, stała buddyjska świątynia szkoły tradycji kagyu, której głową był Jego Świątobliwość XV albo XIV Karmapa czego niestety nigdy nie mógł spamiętać, choć był na ceremonii Czarnej Korony z jego właśnie udziałem, jaka miała miejsce w tej świątyni zaledwie kilka lat wcześniej, poznał go osobiście a sam Karmapa zrobił na nim bardzo dobre wrażenie. Na drugim wzgórzu, nieco bardziej oddalonym i spowitym w wiecznej mgle, niby słynne wzgórze Wudang, mieściła sie świątynia Odwiecznego Bonu z przesympatycznym, młodym i niezwykle energicznym lamą Luntokiem jako jej zarządcą. Klasztory były bardzo podobne do siebie, choć jeden z nich sprawiał wrażenie czerwonego gdy na niego patrzył, a w drugim dominowała nie podzielnie ciemna sepia, prawie niezauważalnie przechodząca w kolory gliniastej ziemi jakiej peło było dookoła i surowe szare skały. Tu i tam kamień glina i drewno. No i świetna ręczna robota, która rzucała sie wszędzie w oczy w rzeźbionym kamieniu i drewnie. Nie, nie taka na pewno wspaniała, jaką możemy zobaczyć w Nepalu, a już szczególnie w Katmandu...ciąg dalszy tu

RAPORT Z CZERWONEGO DOMU

ZWANY TEŻ RAPORTEM Z MAISONE ROUGE -tu autor musi powiedzieć kilka słów w jak sposób dowiedział się o RAPORCIE Z CZERWONEGO DOMU. A więc pierwszy raz miało to miejsce jakieś dwa lata temu, gdy kupił DAILY MAILA ponieważ dołączona do niego jakaś płyta zainteresowała go. Płyta okazała sie pomyłką, i nie był to ten zespół o którym myślał, lecz znalazł w gazecie kilka ciekawych artykułów. Jeden o koncercie Leonarda Cohena gdzieś w szkockich górach, drugi o młodych siostrach Jagerównach, córkach Mica Jagera, i o Amy Winehouse. Wśród nich był też i artykuł na temat RAPORTU. Kolejny raz zetknął sie z raportem przeglądając portal internetowy PARDON, latem tego roku. Powrócmy jednak do dalszych losów Czeremchy, i Europy.

Spotkali sie we pewnego wrześniowego dnia 1944 roku w Strasburgu, kiedy wszyscy wiedzieli że wojna jest już przegrana. -Dlaczego przegrali? myślał Czeremcha -To jest dobrze postanowione pytanie, a ja nawet powiedziałbym że właściwie postawione pytanie.
No właśnie, przecież popierali ich najważniejsi bankierzy świata, a i wielcy przemysłowcy trzymali za nich kciuki, i sypali pieniędzmi kiedy te były im potrzebne. Stworzyć jedno wielkie światowe państwo to marzenie większości urzędników i wielkich bankierów, przecież nie powiecie że tak nie jest. A na pewno nie zaprzeczycie. Po co pożyczać pieniądze milionom małych ciułaczy, kiedy można jednemu, po co zajmować się setkami tysięcy wkładów, wierzycieli i kont, a zamiast rozpraszać własność skupiać ją, I wtedy wystarczy tylko jedno konto, i to takie którego właściciele zarządzają cudzymi pieniędzmi bez żadnych konsekwencji za swoje czyny, no bo nikt nie jest za nie odpowiedzialny, a więc staje się kimś w rodzaju administratora wieczystego, dożywotniego. I nie musi sie liczyć z wydatkami, ani prowadzić racjonalnej gospodarki zasobami finansowymi. I zarządzać nią pod "szlachetnymi"? hasłami. Jedna światowa armia, i jeden światowy system finansowy. Wszystko jest takie proste. Dyktator na dodatek potrzebuje także pieniędzy, na wojnę i zbrojenie, na emerytury, itd. Kibicowali im jednak a oni przegrali. Jeśli jednak ktoś mógłby pomyśleć że przegrali bitwę, a znajdzie się zapewne taki, to sie pomylił, nie zwinęli sztandarów do szafy, o nie. Zmienili jedynie hasła jakie mieli wypisane na sztandarach- Tyle Czeremcha, a my powróćmy do Sztraszburga
Dobrze, do rzeczy, spotkali się....CZYTAJ DALEJ TU



MAGICZNY KRĄG

Najciekawsza część którą mógłbym z całą pewnością nazwać “historią alternatywną” znajduje się na pdfie i jest niestety niedostępna na stronie html gdzie jedynie znajduje się połowa mojej powieści internetowej. Natomiast najciekawszy -podkreślam w mojej opini- fragment jest dostępny na wspomnianym w poprzednim zdaniu pliku w formacie pdf. Od strony 50 -no powiedzmy od 51 i pdf. Można pobrać nana stronie pdfy html

ORDON I INNI

Pan Kalasanty

Pan Kalasanty Szaniawski jak zwykle o tej porze szedł ulicą swojej "ukochanej Warszawki" do pracy. Klnąc pod nosem na pogodę i wilgotne powietrze. Ulica pogrążona była we mgle, choć raczej należało by napisać spowita, a to mokre pełne wody powietrze otaczało go z każdej strony, i wchodziło z każdym wdechem do płuc. Z dorożki wysiadł przed chwilą, na początku ulicy. Robił tak zawsze żeby pogodzić z jednej strony poczucie bezpieczeństwa i potrzebę komfortu, a z drugiej pokazać siebie jako niezwykle skromnego i na dodatek odważnego urzędnika państwowego który chodzi do pracy pieszo. Zasadniczego i przestrzegającego reguł, a nie tylko jak uważają niektórzy obowiązkowego i punktualnego. - Punktualnych przecież jest wielu, a powinni być nawet wszyscy - mruknął pod nosem niezadowolony - też mi. Przecież tylu ze mną studiowało u Kanta w Królewcu na miejscowym uniwersytecie - Spojrzał na drugą stronę ulicy i... w postarzałej przedwcześnie twarzy mijanego człowieka rozpoznał dawnego przyjaciela z czasów loży. Poczuł gniew. Wielu z nich należało do "Izis" i do innych lóż, a wcześniej do kółek i stowarzyszeń w Warszawie. Wtedy od kółek aż się roiło. Poczuł jak jego twarz zaczyna płonąć i przybierać pąsowy kolor, by następnie poprzez czerwień zbliżyć się do fioletu. Tak zgoda. Budowaliśmy razem, podobnie jak i Oskar szubienice dla zdrajców, a może nawet powiesiliśmy paru w ciepłe majowe dni, ale żadnej sprzeczności w swoim postępowaniu nie znajduję. Zawsze surowość i prawo. Prawo i surowość. Jako młodzik, i później jako dojrzały mężczyzna pisywałem sobie te książki o moralności, których prawie nikt nie czytał a jak przeczytał to porzucił w rogu pokoju, gdzieś w kącie zapadłym jakimś. I zapominał o nich, i o myślach zawartych w nich. Ach tyle czasu zmarnowane na nic i na próżno, ale może niejeden z ojców naszych romantyków te moje księgi przeglądał. No choć może rzucił okiem zaledwie, albo nawet sam młodzik jakiś, po których ideę romantyczną w sobie pielęgnować zaczął. Jak jaki czysty kwiat. Niby lilię białą ku przemianie świata na lepsze. Ogarnął go strach, on może śledzi mnie i chodzi za mną, już drugi raz go widzę w ciągu trzech ostatnich dni. Łajdak i łotr zarazem. Na moim krzesełku chce usiąść! Czy może na polecenie Miłościwego Najjaśniejszego pana, albo prędzej sam. Już wiem, ktoś mu zlecił bo chce mnie pogrążyć i stanowisko moje zająć z takim trudem uzyskane. Pan Kalasanty wszedł do urzędu, otworzył drzwi, i postanowił że nie da nic po sobie poznać
- Och barbarzyński narodzie kłótliwy, chciwy, leniwy, próżny gadatliwy - powiedział do siebie zanim usiadł. Wieczorem gdy już wrócił do domu zauważył że myśli jakie zaczęły go dręczyć od rana nie dawały mu nadal spokoju. Wiadomo listopad niebezpieczna to pora dla polaków, bo jest ciemno, ponuro, mglisto - Dobrze podsumuję wszystko jeszcze raz - powiedział do siebie - budowaliśmy szubienice ale dla zdrajców, księgi moralne pisałem to fakt. I... przestępstwa tu żadnego nie widzę, a o wszystkim Najjaśniejszy pan na pewno wie, ponieważ tajne służby w królestwie, Bogu dziękować pracują dobrze i o wszystkich mu donoszą -
Kalasanty Szaniawski, siedząc przy małym stoliku wyglądał zupełnie jak Saturn. Nawet był nim. Był jego ziemską emanacją. a najbardziej surowy był dla siebie
- tak - zaczął po cichu mówić, jakby pacierz wieczorny odmawiał - w brudnej chałupie piwo pijać kołem, i drzemać na stole albo spać pod stołem. Leniwy, brudny, kłóótliwyy, swarliwyyy - mówiąc tak przeciągał ostatnie sylaby, a mówił tak dopóki nie położył się spać.
Julian Ordon
Wychodząc z domu, jak zwykle pokłonił się przed wiszącym na ścianie portrecikiem Tadzika Reytana.
Stary Ordon szedł ulicą. Noc we Florencji, żywsza mu się zdawała od dnia, a i taka z pewnością była. Sypiać nie mógł już od dłuższego czasu a bycie wśród ludzi przynosiło mu trochę spokoju. Był zrozpaczony, zrezygnowany i pozbawiony nadziei. Tak prawdę mówiąc od czasu kiedy Adam uwiecznił jego imię i zmusił go przez to do tułaczki po świecie, jego życie było pełne rozpaczliwej walki o przetrwanie. [ Tak naprawdę to dzięki temu że Adaś sfingował jego śmierć łatwiej mu było uciec za granicę. Chociaż później po latach trudniej wrócić do kraju ] Niby gesty nie umiejącego pływać człowieka, aby utrzymać się na powierzchni wody. Wiesz że nie umiesz pływać, ale nie chcesz umrzeć. Mało tego, ty chcesz za wszelką cenę żyć. I jako istota żywa masz do tego prawo. On stary Ordon, wojownik który nie zna strachu. Najpierw buntownik stojący na samym środku barykady. Następnie kiedy osiągnął wiek średni, wędrowiec. By na starość popaść w melancholię, depresję i rozpacz. Co zrobił i co osiągnął. Wszystkie bitwy które mógł przegrać, przegrał. I wszystkie wojny jakie mogli przegrać, przecież przegrali. Monarchie robiły się coraz większe, wolność ludzka malała, a jego życie mijało, niby jesienne zażółcone od październikowych przymrozków liście [nadzieje i marzenia opadały jak liście jesienią, a my umierając pozbywamy się złudzeń, a my stajemy przed sobą nadzy niby drzewo pośród bezmiaru bielejącego śniegu i przestrzeni nieba czy więc po to żyjemy? mawiał czasami do Juliany lub jej męża ]. Po co jesteśmy. Po co byliśmy pytali siebie za pomocą niemych spojrzeń, bo przecież jakiś sens wiosennego pojawienia się liści na drzewie a następnie wzrostu podczas upalnego lata i jesiennego obumierania przecież był. Po nic, tak po prostu dla czystej gry i bez żadnej przyczyny. Po nic. Pojawianie i zanikanie, może samo jest sensem. Jak przypływ i odpływ fali morskiej gdzieś na szkockim wybrzeżu, kiedy obserwował wzburzone morze na przedmieściach Edynburga, niedaleko Joppi. Po prostu czyste istnienie, istnienie, poprzez czysty akt bycia, poprzez bycie i wyrażanie go za pomocą dźwięku, albo ruchu. Tak jak krople deszczu uderzające o dach domu mówiąc istniejemy, istniejemy istniejemy, i jesteśmy czystą manifestacją bytu ni mniej ni więcej, tylko tyle i aż tyle, Niestety jest mały problem, od czasów wyjścia z Ogrodu ludzie zaczęli w nieskończoność analizować, dzielić, określać, nie wystarczy im już po prostu być. Tak jak, ptakom na jesiennych drzewach. Muszą jeszcze to udowodnić i wytłumaczyć. Mówią - udowodnij mi że jetem - Z ponurych egzystencjalnych rozważań, oderwały go dźwięki i światła nocnego miasta Ach, Florencja! Starożytne, tętniące życiem piękne miasto. Tysiące lat i dziesiątki pokoleń ludzkich zamieszkujących go, i zostawiających po sobie niewidzialne ślady swojego istnienia. POZOSTAŁOŚCI DZIAŁANIA LUDZKIEGO UMYSŁU! Jakieś nie znane nam jeszcze dziwne pole z zapisaną aktywnością ludzi. Kocham życie, a zamiast smakować go jak się tylko dało, wszystkie dni poświęciłem na walkę z tyranią. I czy ludzie przychodzący później po mnie zauważyli to. Czy chcieli tego i czy mieli świadomość. Dobrze że przynajmniej nie umrę tak Cyprian Kamil w Londyńskim przytułku pośród nędzarzy. Bolały go stawy, dziewięćdziesiąt lat to w końcu nie jest mało. Najbardziej jednak bolało go serce. tani sentymentalizm powiecie. Może. Nie zamierzam się bronić. Nie tu i nie teraz. Powróćmy zresztą do miasta, i idącego jego ulicami starego Ordona. Florencja, ojczyzna florena i europejskiej nowożytnej monety. Zazdrość, chciwość i olśniewający błysk. Pożądanie i fascynacja namiętnościami, z najsilniejszym afrodyzjakiem świata czyli pieniądzem. Lecz im miasto prezentowało się coraz lepiej. Im piękniejsze kobiety dorastały na jego oczach, i im piękniejsze sklepy otwierano w jego okolicy, tym on czuł się jakby mniejszy, gorszy i już poza. Bo on starzał się, brzydł, słabł, a wszystkie idee o które walczył odchodziły do przeszłości. Do zakurzonych starych szaf. To już nie jego świat, myślał. On odchodzi, a oni przychodzą, i jedynie mijają się na ulicach po drodze. Mijanie się, zwykłe wymijanie, i nic więcej. Przechodzenie. Właśnie o to mi chodziło. Przechodzenie i mijanie. To samo miejsce ale różne kierunki.

On stary Ordon na nic już nie czekał, ale jeśli to prawda to porzucił zarówno nadzieje jak i zwątpienie. Lecz on chyba jedynie porzucił nadzieje, a może nawet i to nie bo nadzieje ma w sercu, że jeszcze coś się wydarzy w jego życiu Taki mały ogieniek, którzy się jeszcze żarzy i dzięki któremu żyje człowiek. Bo bez ciepła wewnętrznego serca żyć przecież się nie da. Nie nie był strachliwy, on niczego się nie bał pomimo swoich dziewięćdziesięciu lat. Idąc opuszkami palców dotykał delikatnie powierzchni noża z którym się nigdy nie rozstawał a który nosił zawsze w prawej kieszeni kurtki. Przez otwarte okno w jednym z mieszkań na parterze kamienicy obok której właśnie przechodził słychać było pojedyncze słowa nucącej po cichu kołysankę "finke kampo", "la befana". Mieszkająca w pokoju obok, pół włoszka a pół cyganka, lub może Berberyjka jak słyszał gdy ludzie opowiadali o niej w sklepie, o imieniu Juliana śpiewała tą kołysankę swojej małej córeczce, także Julianie. Juliana matka, piękna młoda kobieta o ciemnej karnacji skóry i czarnych włosach, oraz takich samych czarnych jak węgiel oczach, arystokratka po ojcu pochodzącym ze starej rzymsko-neapolskiej rodziny, i cyganka lub Berberyjka po matce. Juliana z mężem i córeczka, w przeciwieństwie do niego wyjeżdżała. We Florencji spędziła zaledwie chwilę swojego życia. Wolą z mężem Rzym, a następnie zamienią go na Nowy Jork, gdzie ich córka spotka pewnego inżyniera i architekta. Ma na imię Steev, i pracuje przy budowie tych ogromnych bloków i domów z betonu i stali, jakie próżno w Europie w tamtych czasach szukać. Nie, oczywiście nie przypłynęli do Nowego Jorku statkiem dla tych ogromnych betonowych domów, chociaż może i po to aby wypełnił się los ich córki Juliany. Gdy ta dorośnie poślubi Steeva i wyjada razem do europy. On tam będzie budował fabryki, kopalnie i huty.Na śląsku a potem w centralnej Polsce. Ich syn zadrze z jednym z Wielopolskich. Ujmie się za jakimś bitym przez hrabiego parobkiem. Potem za koniem. Przecież niczego tak nie kochali przynajmniej od tysiąca lat bardziej niż statków, mieczy, i koni. Jego dzieci będą miały zamknięte wszystkie drzwi do kariery. Pozostanie im jedynie przed wojną wojsko, a po wojnie praca w służbie bezpieczeństwa. Nie napisałem że to z winy hrabiego. Nie napisałem nawet że hrabia o tym wiedział. Jednak teraz jeszcze mieszkają przez tą chwilę swojego życia we Florencji, a Juliana śpiewa i nuci kołysanki
swojej małej córeczce. Więc Ordon słyszy je przez ścianę pokoju i uczy się ich na pamięć " selo do all la belfana. Sello tieno a sentimana" Ordon nawet nie ma pewności czy właściwie usłyszał treść kołysanki. Pomaga też tym młodym ludziom jak tylko może, chociaż oczywiście robi to bardzo dyskretnie.

Autor mógłby więcej napisać odnośnie wyglądu kamienicy i mieszkania ponieważ sam się w starej kamienicy urodził.Pamięta duży pokój w ich małym mieszkanku na ścianie wisi dywan. Także na podłodze rozłożony jest dywan w podobnym kolorze.Pod oknem stoi mały biały stolik.Na łóżku na którym się urodził swoje wiersze pisywali Leśmian i Brzechwa. Nie, w sensie pokrewieństwa nic go z Leśmianem ani Brzechwą nie łączyło. Po prostu właściciel kamienicy był ich przyjacielem, albo wynajmował im pokój na wakacje. Piętro wyżej mieszkała muza Leśmiana. Jeśli łączyło go coś z nimi to z pewnością miejsce. Z buddyjskiego punktu widzenia na przykład, jeśli ludzie żyją w jednym miejscu oznacza to że istnieje między nimi jakiś związek.
Autorowi rwał się wątek, czuł to. Miał jeszcze napisać o generale Trąbickim który mając do wyboru objąć przywództwo nad powstaniem lub złamać dane wcześniej słowo, wolał popełnić samobójstwo, aby do tego nie dopuścić. Zmuszony został do tego przez spiskowców jacy wtargnęli do jego jadącej ulicami Warszawy karety. Strzelił sobie po prostu samobója prosto ze swojego pistoletu w głowę. Słychać było tylko głośne Bach, i generał osunął się martwy, nie, padł na ramiona przerażonych spiskowców i skonał w ich objęciach, wypowiadając przed śmiercią jakąś maksymę: " teraz jesteśmy znowu razem", lub coś w tym rodzaju. To była także swojego rodzaju odwaga, niezłomne lata wojowniczej młodości i pewność siebie charakteryzująca dorosłego mężczyznę.
Dobrze, a wiec zaczynamy. Zadowolony generał jedzie karetą na spotkanie z namiestnikiem, a może nocą wraca z przyjęcia, czy małej imprezy z przyjaciółmi. Jednak o Konarskim Tym drugim Konarskim, o wiele mniej znanym, "co to nie miał w Paryżu nawet paltocika", bowiem swój własny podarował jakiemuś biednemu emigrantowi. Powstańcowi spotkanemu pewnego dnia na ulicy. Potem sam musiał chodzić po znajomych bankierach i upraszać jakieś drobne pieniądze na byle jakie przykrycie. W Paryżu bowiem także bywa czasami chłodno.
Oraz następnie powiązać te postaci ze sobą. Bo co ma żołnierz ciapa, który poszedł jak ciele i najgorsza ofiara losu do carskiej armii ze starym wiecznym buntownikiem, będącym uosobieniem Urana, panem Julianem Ordonem, i z Kalasantym Szaniawskim, w młodości rewolucjonistą i burzycielem, a w wieku dojrzałym statecznym urzędnikiem państwowym. Jednego tchórzliwość doprowadziła do nędzy, drugiego szlachetny bunt w imię ideałów. Jaki był ten trzeci, czyli Szaniawski, i co naprawdę robił?całość znajdziesz tu



CZARNE KOŁO
KRAKOPOLIS

Zbyzos obudził się i włączył telewizor. Po chwili szukania znalazł jakiś film na jednym z telewizyjnych kanałów i zaczął go oglądać. Akcja filmu toczyła się w Megapolis które przyjęło nazwę Krakopolis, od największego i najbardziej znanego miasta w wielkim zespole miejskim. Granice Megapolis zaczynały się na zachodzie zaraz za Bochnią, a kończyły tuż za Toszkiem. Na południu natomiast ogromne miasto ciągnęło się poprzez Wodzisław, Cieszyn, a dalej Trzyniec, Bochumin, Karwinę, i Frydek. Następnie zakręcało na zachód, i w jego skład jeszcze wchodziły Ostrawa, i Opawa. Krakopolis było największym miastem kontynentu, liczącym jakieś piętnaście milinów mieszkańców i jego nieformalną stolicą, a także centrum naukowo-kulturowym i gospodarczym. Dzięki bardzo niskim, prawie że zerowym podatkom rozwijało się świetnie, w tempie co najmniej trzydziestu pięciu procent produktu krajowego brutto rocznie. I to pomimo licznych ograniczeń, bo w miastach polis nie mogły działać fabryki i przedsiębiorstwa zanieczyszczające środowisko i zatruwające powietrze. Wycofane zostały też z użytku stare hałasujące i wydzielające spaliny samochody, które wykupił miejski skansen. A na ich miejsce wprowadzono nowe mini autka poruszające się za pomocą napędu antygrawitacyjnego. Autka te podobnie jak samoloty poruszały się w powietrzu na niezbyt dużej wysokości, praktycznie nie przeszkadzając pieszym, spacerującym chętnie po ulicach miasta. Była także nowoczesna powietrzna kolejka, poruszająca się bezszelestnie i szybko, niby poduszkowiec kilkanaście metrów nad ziemią, mijając liczne prywatne małe samolociki, bardzo modne w tamtych czasach.

Większość mieszkańców wróciła do swoich starych i pierwotnych wierzeń uznając je za bardziej zgodne z naturą i prawami wszechświata, oraz co ważne z prawami ergonomii. A więc wyznawała jeśli tak można napisać poganizm, jednak sporo mieszkańców polis praktykowało także buddyzm i chrześcijaństwo, oraz nową religię naukową, zwaną "religią kosmiczną". Napisałem religia, mając jednak świadomość że pojęcie „wiara” w swoim starym znaczeniu bardziej oddawało by istotę rzeczy, a jeśli ktoś nie wie to dodam że dawniej wiara oznaczała wiedzę. Oczywiście religia była prywatną sprawą każdego człowieka i praktycznie każdy jakiej by religii nie wyznawał tak naprawdę wyznawał przed wszystkim religię domową lub indywidualną. Choć w miastach stały też świątynie. I tak na wszystkich kopcach i wzgórzach zostały wzniesione świątynie z jakiegoś przezroczystego nieznanego mi materiału, jakby z tafli szkła lub jakiegoś przezroczystego tworzywa. Pięć najważniejszych z nich, to świątynia na kopcu Wandy, Kraka, Kościuszki, i Piłsudskiego, odbudowano także stary kopiec Wróżów.
Na kopcu Wandy stała sporych rozmiarów świątynia bogini Dewanny [czyli Dziewanny], Dewaleli i Żywi, do której zwykle najczęściej chodziły kobiety. Świątynia ta pulsowała pięknym błękitnym światłem i zwana była z tego powodu „błękitną”. Na kopcu Kraka stała świątynia poświęcona Swarożycowi, bóstwu opiekuńczemu miasta Krakowa, wcześniej także kraju wiślan, a potem i Krakopolis, do której najchętniej chodzili mężczyźni, i pulsowała żywym czerwonym światłem symbolizującym zapewne energię i aktywność. Na kopcu Kościuszki mieściła się świątynia poświęcona przodkom, czyli świątynia przodków. Największym kultem w tej świątyni cieszyły się bóstwa Rod i Rodzanna, opiekunowie rodziny, rodu jak i całego narodu. Na kopcu Piłsudskiego urządzono świątynie niejako dla wyznawców wszystkich ważniejszych kultów i wierzeń w polis, tam też odbywały się spotkania z przedstawicielami władz wynajmowanymi przez mieszkańców i pełniła ona role parlamentu w którym wszyscy obywatele mieli prawo głosu. Ci którzy nie mogli wyjść z domu głosowali przez internet lub za pomocą telefonów.
Na kopcu Wróżów, tak jak kiedyś, urządzona została świątynia wyroczni, i tam udawali się ludzie po wyrocznie, gdy chcieli zawrzeć małżeństwo, lub podjąć jakieś inne ważne przedsięwzięcie w swoim życiu. Opiekunem świątyni był Pan Świętego Prawa, Świętowit. Świątynia ta pulsowała światłem w kolorze indygo.
We wszystkich świątyniach rozbrzmiewała kosmiczna muzyka, i pulsowały światła, korzystnym dla ludzi rodzajem wibracji, choć każda z nich własną i inną częstotliwością.
I tak, wibrujące, pulsujące światło ze świątyni położonej na kopcu Wandy [ a właściwie Wendy lub poprawniej Wenedy] działało korzystnie dla zdrowia i wzmacniało siły życiowe. Światło ze świątyni na kopcu Kraka kojarzone było z radością, a to w kolorze indygo z kopca Wróżów działało pozytywnie na świadomość ludzką. Poza tym istniały też mniejsze świątynie uzdrawiające ciało i psychikę człowieka, stanowiące przecież swojego rodzaju jedność, przynajmniej tu na Ziemi i w tym życiu. Świątynie pełne pulsującego światła w kolorach żółtym, pomarańczowym, tęczowym albo fioletowym, co widoczne było także daleko na zewnątrz budynków.
W zależności od miejsca i wibrującej muzyki, przychodzący tam ludzie medytowali siedząc prawie nieruchomo, i wchłaniali w siebie uzdrawiające dźwięki i kolory a może ich esencję. Były też i Świątynie Snu oraz Wizji Sennej. Każde wzgórze na których została postawiona świątynia obsadzono wydzielającymi aromaty ziołami i kwiatami, a także wysypano korzystnymi dla zdrowia minerałami, niektórymi nawet przywiezionymi w tym celu z kosmosu, z odległych planet. Największe ze świątyń miały także podłogi całe wysypane kamieniami szlachetnymi które mieniły się w blasku zachodzącego słońca gdy to przenikało do wewnątrz przez prawie przezroczyste ściany.
Na parkingach stały małe antygrawitacyjne autka i stacjonowały rakietki o napędzie fotonowym, i śmigłowce. Taki parking zauważył właśnie Zbyzos na plantach. Miasta należące do polis pełne były ogrodów, a ulice wysadzone drzewami i kwiatami. Ludzie pracowali w większości we własnych domach, a hal produkcyjnych i dużych fabryk było w miastach niewiele, podobnie jak szpitali i szkól. Hale zwykle wynajmowali lub wykupywali artyści na pracownie, ale doskonale służyły też jako miejsca gdzie odbywały się koncerty albo teatralne spektakle. Leczyli się o czym wspominałem w świątyniach, wchłaniając w siebie światło, dźwięki i uzdrawiające powietrze z ziołami i mikroelementami. Natomiast dzieci uczyli rodzice w domach. Dopiero od szesnastego roku życia mogły chodzić do szkół, a następnie studiować, choć sam proces studiowania i uczenia w szkołach polegał raczej na systemie konsultacji i debat.
W ogóle religie odbiegały bardzo od dawnych systemów religijnych i dążyły raczej do wytworzenia systemu równowagi jaki istniał w dawnym systemie przedchrześcijańskim, czyli między aktywnym i pasywnym, duszą i ciałem czy też równowagą solarno-lunarną. Poszukiwacze mocy pracowali w swoich grupach, kiedy brakowało im sił życiowych i energii. Poszukiwacze równowagi zwykle mając nadmiar emocji dążyli do osiągnięcia równowagi na poziomie psychofizycznym. Systemem politycznym jaki panował w megapolis był system zgromadzenia* albo wiecu, zwany tez z zagraniczna ekklezją lub agoryzmem. Mieszkańcy miasta a raczej zespołu miast wrócili więc do dawnego systemu politycznego praktykowanego kiedyś w zamierzchłej przeszłości, przez zachodnich Słowian. Zanim narzucono im zachodnie metody zarządzania i deprawujące struktury władzy.

Megapolis zasiedlali także liczni biali uciekinierzy z państw zachodniej europy, ofiary rasistowskich ataków ze strony czarnej większości, i osiedlali się najchętniej w okolicy Opawy. Wracając do filmu, przestępczość w megapolis prawie nie istniała, choć zdarzały się wyjątki, tu właśnie grupa przestępców nazywana "gangiem w maskach", a której szefem był właśnie niejaki "Maska" dążyła do opanowania ogromnego Zderzacza Hadronów, jednego z największych na planecie i mieszczącego się na ulicy Buddy Krakocziego, a następnie planowała ucieczkę przez korytarze czasu do innej galaktyki. Gang pochodził spoza kontynentu, i do swojego procederu używał tak zwanych macierzystych masek, i słynnych nakładek nakładanych na tęczówki oczu, oraz papilarnych rękawiczek w celu zmylenia systemów kontroli szpiegowskiej, bo choć w samym Krakopolis metody bioszpiegostwa elektronicznego były zakazane to używano ich jednak w innych miejscach planety. Wcześniej gangsterzy usiłowali się włamać do centrum akcelelatorów w Chorzowie. Po szybkiej akcji policji zostali złapani i obezwładnieni.
Zbyzos wyłączył telewizor i wyjrzał przez okno, nad Krakopolis widniał ogromny posąg Świętowita, patrzącego w cztery kierunki świata i jednoczącego jego cztery kierunki, a postacie na tym wielkim słupie symbolizowały cztery pory dnia i cztery pory roku, cztery stany świadomości i cztery namiętności ludzkie. Zrozumiał że ten kosmiczny słup łączył wszystko w jedno. Łączył w jedno niebo i ziemię, górę i dół, to co materialne i to przynależy do świata ducha, jednocząc wszelkie przeciwności i skrajności.

krakopolis
_____________________
* agorianami w byli sensie demokracji bezpośredniej, choć także i całkiem otwartego rynku, ale tu chodzi raczej o pojęcie pierwsze
Za punkt honoru uchodziło też traktowanie siebie i innych jak dorosłych, zachodziły więc obustronne dobrowolne relacje wymiany między ludżmi, a nie egoistyczne czyli jednostronne, to znaczy od jednej osoby do drugiej. Odstąpiono tez już dawno w megapolis od tak zwanej



Autor: Zee Jop “Cyberius” ->

tu znajdziesz trochę więcej moich prac

Opowiadania Zbiór opowiadań pdfopowiadania.pdf

Kroniki galaktycznezbiór opowiadańpdf/5kroniki galaktyczne

TAKIMI RZECZY SĄpowieśćhttp://eart.cba.pl/takimirzeczy%20.html

Hactiwizmohttp://eart.cba.pl/hactiwizmo.html

moje dramaty

Walerian Łukasiński:http://eart.cba.pl/luka.pd

Tadeusz Rejtanhttp://eart.cba.pl/rejtan.pdf

Zbiór dramatów:http://eart.cba.pl/zbior.pdf

Eugenicyhttp://eart.cba.pl/eugenicy.pdf



<-kilka moich foto ->i tu

Eart.cba.pl eArt.cba.pl