"Cyberius" Zee Jop. grudzień 2010. http://eart.cba.pl Gandziak i złota rybka [ i refleksje rodzinne jakie go naszły w związku ze zwiedzaniem cmentarza podczas robienia porządków przed tak zwanym dniem "Wszystkich świętych" Czyli w ostatnich dniach października ] W pewnym momencie nie wiadomo skąd Gadziak przypomniał sobie historyjkę o rybce, co zepsuło mu nastrój na cały dzień. Historyjka faktycznie nie była zbyt przyjemna, a jej korzenie sięgały daleko do dzieciństwa Gandziaka. Przejdę do rzeczy i zacznę opowiadać żeby zbytnio nie zanudzać czytelnika. Ojciec Gandziaka trzymał sobie kilka hodowlanych rybek w małym akwarium. Akwarium było jak to akwarium ani szczególnie wyjątkowe i duże ani marne. Takie zwykłe bardzo przeciętne akwarium. Pewnego wieczoru przyszedł nieżle wstawiony, co mu się przyznać trzeba dosyć często zdarzało i zaczął nerwowo kręcić się w okolicy swojego akwarium -stojącego w małym pokoju który sam zamieszkiwał. Potem poszedł do kuchni po słoik, i szybko tak żeby nikt tego nie zauważył wszedł z tym słoikiem do swojego pokoju. Wziął własnoręcznie zrobiony maleńki podbierak -sporządzony przez niego z grubego drutu i kawałka starej pończochy- a służący do wybierania rybek z akwarium i wyciągnął szybko jedną z nich. Następnie wyszedł chowając słoik z rybką pod swój brązowy płaszcz, tak jak pijacy chowają butelkę wina albo wódki żeby ukryć ją przed wzrokiem przechodniów. Następnego dnia rano rozpoczęło się w domu piekło. - Gandziak - krzyczy do niego skacowanym głosem ojciec - gdzie jest moja złota rybka, do cholery przecież wczoraj wieczorem jeszcze była w akwarium. Masz mi ją natychmiast zwrócić - Gandziak nie brał ojcu żadnej rybki, mało tego razem z siostrą widzieli jak wieczorem ojciec łapie rybkę a następnie wkłada ją do słoika wypełnionego wodą i wychodzi z domu wynosząc ją za tak zwaną pazuchą ażeby nikt tego nie widział. Na klatce schodowej, zaraz niedaleko drzwi stoi nieco zaczajony i ukryty pan W. i czeka na niego. Następnie obaj schodzą po schodach na dół i wychodzą z bloku. Po południu ojciec Gandziaka -gdy tylko wraca z pracy i zjada obiad- ponawia żądania skierowane w stronę Gandziaka i nie daje sobie wytłumaczyć że to on pijany wyniósł rybkę żeby podarować ją, lub sprzedać [albo dać w zamian za postawienie mu wódki czego jednak Gandziak bał się powiedzieć ] swojemu koledze. Masz mi ją natychmiast odkupić. Skąd ja wezmę pieniądze na bilet żeby pojechać do sąsiedniego miasta gdzie takie rybki można było kupić w sklepie zoologicznym -dodajmy miasta położonego od miasteczka Gandziaka o jakieś trzydzieści kilometrów, czyli wziąwszy pod uwagę czasy, wiek bohatera i jego zasoby to dość daleko- i na rybkę, przecież nie mam żadnego źródła dochodu ani żadnych pieniędzy? Każdy dzień zbliżający się do daty wyznaczonego terminu zwrotu rybki której Gandziak nie brał był koszmarnym dniem pełnym udręk i rozpaczy. Dodać też należy że rodzice Gandziaka raczej dzieciom nie dawali pieniędzy, a ojciec miał stałe na taką okoliczność powiedzonko -nie wiadomo nawet czy stworzone na użytek własnej wygody i przebiegłego pretekstu, czy nie daj Boże tak naprawdę w to wierzył - pieniądze demoralizują - mówił podniesionym głosem mentora, a czasami dodawał -pieniądze psują dzieci - i sprawa była zamknięta. Czasami wyjeżdżali do kuzynów do sąsiedniego położonego nieco na południe od ich rodzinnego miasta i tam od swojej jednej jak i drugiej ciotki, a czasami także i od babki dostawali jakieś drobne. Jednak już po drodze kiedy wracali do domu autobusem czy później samochodem ojca pieniądze byly konfiskowane przez rodziców. Brali je -jak to mówili- na tak zwane - przechowanie - To na przechowanie - mówiła do Gandziaka matka, albo ojciec, choć konfiskatą pieniędzy zajmowała się głównie matka -ojca raczej sprawy rodzinne nie obchodziły, najważniejsze żeby dzieci siedziały w domu i nie widziały go jak chodzi pijany lub podpity po mieście z kolegami i nie mówiły o tym matce która jeszcze chyba miała nadzieje że zmieni swojego męża na lepsze. Oczywiście nie muszę chyba dodawać że pieniądze nie wracały do dzieci nigdy. Kiedy upominali się o nie odpowiedź zawsze była ta sama - a co nie jecie? Albo - przecież kupujemy wam ubrania, jedzenie... Zazdrościły wtedy dzieciom kuzynów, ponieważ im chyba nikt nie odbierał pieniędzy które dostali od rodziców Gandziaka. Natomiast rodzice Gandziaka finansowali za pieniądze swoich dzieci prezenty kupowane młodym kuzynom lub rekompensowali sobie straty i pieniądze jakie im dawali po prostu wracały do nich -myślał rozżalony Gandziak, jak i jego siostra. Po południu poszedł na cmentarz i wylał trochę wódki na grób -dam ojcu to co lubił najbardziej - pomyślał. I jak pomyślał tak też uczynił. Do wieczora nic się specjalnego nie działo chociaż matka złościła się że tak zrobił. Wieczorem Gandziak zadzwonił do siostry podczas rozmowy siostra powiedziała że -gdy ojciec leżał umierający w szpitalu on zaniósł mu do szpitala szampana ponieważ ojciec go o to poprosił - nie pamiętał tego, ale być może tak właśnie było jak powiedziała jego siostra. Nienawidził pijaństwa i nie lubił pijaków ale dał mu to czego pragnął najbardziej - Wierzę w Boga i w partie - miał jeszcze przed śmiercią powiedzieć -ale chyba w to drugie już nie wierzył. Bo czy wierzył w Boga -tego nie wiem. Z innych sposobów dręczenia go przez ojca zapamiętał rzekome "wymiany za pudełko zapałek i ogryzki od zgniłego jabłka" wszelkich wartościowych dóbr z kolegami z sąsiedztwa, i codzienne dręczenie Gandziaka przez ojca było można powiedzieć chlebem codziennym. Ojciec nie interesował się nimi zupełnie, a czasami to nawet Gandziak myślał że poza napitkiem w towarzystwie kolegów a następnie smakowitym jadłem jedzonym w domu -no i jeszcze chodzeniem na ryby oraz grą w karty jego ojca nic nie interesuje. Jednak przynajmniej raz dziennie przychodziła pora na udręki codzienne w których to ojciec Gandziaka wyżywał się bezkarnie na nim wyzywając go od największych idiotów w mieście którzy wymieniają wszystko co lepsze i mające jakąś użyteczną wartość z kolegami za puste pudełko po zapałkach albo zgniłe ogryzki po jabłkach. Gandziak był za mały ażeby się bronić i w takich starciach domowych nie miał szans a matka nie stawała po jego stronie zajęta ratowaniem rodziny -musiał więc niestety te zniewagi bezczynnie w milczeniu znosić. Oczywiście rodzice Gandziaka często zaprzeczali sobie mówiąc ciągle swoim dzieciom że należy być grzecznym, miłym, że inni ludzie są ważniejsi, że należy siedzieć ukrytym za piecem a tam cię znajdą odkrywszy w niewiadomy sposób twoją wartość -a nie że należy walczyć o swoje sprawy i siebie i oczywiście swoją osobę i rodzinę zawsze stawiać na pierwszym miejscu. Jak miał im wytłumaczyć że nie mają racji tego nie wiedział. Gandziak idzie w niedzielę do kościoła z rodziną Gandziak ne lubił zbyt często chodzić do kościoła bo i po co. A tak naprawdę to prawie w ogóle tam nie chodził bo i po co . Kiedyś jednak przyjechali do nich w odwiedziny kuzyni z południa. Dodajmy bardzo religijni jak i chyba cały region w którym mieszkali i namówili go ażeby poszedł razem z nimi do kościoła, a Gandziak był w takim okresie rozwoju że jeszcze nie zawsze mówił to co myslał i co chciał powiedzieć. Poszli więc a wyprawa okazała się wielką klapą. Stojąca obok Gandziaka zaraz przy ławce jakaś starsza kobieta nagle zaczął zachowywać się dość dziwnie. Potem hm. jakby tu powiedzieć kobieta zesikała się na posadzkę bo obok niej pojawiła się ogromna kałuża żółtawo zabarwionej cieczy i zaczął roznosić się nie zbyt przyjemny zapach. Stojące niedaleko niej starsze kobiety nic sobie z tego nie robiąc że są w kościele i że właśnie odbywa się msza zaczęły ją głośno wyzywać, na co ona rozpłakała się i zaczęła wykrzykiwać na cały kościół że ma niemiecką kawę w domu i dostaje z niemiec paczki -co dla niej było zapewne symbolem prestiżu i wysokiego statusu społecznego i w ten sposób jakoś próbowała obronić twarz na tyle na ile mogła. To jednak nie wszystko, kiedy wrócił do domu poczuł że się gorzej czuje a wizytę w kościele przypłacił kilkudniową chorobą i przymusowym leżeniem w łóżku - tak to jest jak się nie słucha siebie samego i swojej intuicji - stwierdził filozoficznie Gandziak patrząc przed siebie w okno przypominając sobie historyjkę z pójściem do kościoła. Jednak kiedy leżał w łóżku złożony przeziębieniem przypominał sobie przeróżne historyjki związane z kościołem. Do matki Gandziaka przyszła sąsiadka. Tak sie bowiem składa że niedaleko bloku w którym mieszkali rodzice Gandziaka mieści się przychodnia lekarska i znajomi w związku z tym kiedy wracają do domu albo dopiero idą do lekarza lub też czekają na swoją kolej zaglądają do ich domu w odwiedziny. Właśnie wracając od lekarza do domu, do matki zaszła na chwilę jej znajoma blada ze strachu a nawet trochę zielona na twarzy Y. Kiedy Gandziak wszedł do kuchni żeby smażyć na obiad wątróbkę na obiad ona opowiadała matce Gandziaka o tym jak ostatnio poszła do kościoła a tam jakaś zachowująca się dość dziwnie kobieta zdjęła swój ogromny kapelusz i nałożyła siedzącej obok niej w ławce kobiecie pani S. Pani S. na początku zaskoczona nietypową sytuacją nie wiedziała jak ma się zachować ale po chwili namysłu opanowała emocje, zdjęła kapelusz ze swojej głowy i położyła go obok kobiety. Po chwili kobieta wstała a następnie weszła na ławkę i zaczęła dyrygować śpiewającym chórem. Ostatnio co z niepokojem zauważył Gandziak dawało się zauważyć prawdziwy wysyp dziwnych ludzi bo przecież nie dalej jak dzień wcześniej radio podało -myślał Gandziak- o jakimś dziwnym facecie obwieszonym niby baleron różnymi symbolami religijnymi który w nocy zdemolował słynne drzewo na warszawskim Pawiaku. Zatrzymany przez policję twierdził że miał religijne głosy nakazujące mu zniszczenie tego tak ważnego dla mieszkańców Warszawy miejsca. Ludzie tak naprawdę mieli już powoli dosyć tej całej kościelnej religijności przynajmniej od czasu kiedy dostojnicy kościelni sprzedali krzyż na krakowskim przedmieściu nieopodal Pałacu Namiestnikowskiego a krzyż został skonfiskowany a następnie umieszczony w kaplicy prezydenckiej. Czy był czyjąś prywatną własnością i czy brał to ktoś w ogóle pod uwagę? Żółty i złoty . To jest kolor żółty dziecko, według nauki żółty a nie złoty wykrzyknęła zdenerwowana nauczycielka akcentując słowo "na-uki!" i wykrzykując go jeszcze raz głośniej i patrzącgroźnie -aż siedzące w klasie dzieci zaczęły się bać. Na mapie Palestyna jest w kolorze złotym powiedział ksiądz patrząc groźnie na dzieci i rozglądając się surowym wzrokiem po sali. Złotym a nie żółtym pamiętajcie. Dla Gandzika nazywanie kolorów nie stanowiło żadnego problemu ponieważ wiedział że nazwy są umowne i mają taki charakter i nawet miał to powiedzieć księdzu jednak chyba dobrze że tego nie zrob,i a ksiądz podejrzewam że wiedział o tym lecz chodziło mu o co innego. Palestyna miała według jego religii być czymś wyjątkowym bo ona tam wzięła swój początek. Ojciec Gandziaka był komunistą a przynajmniej uchodził za takiego, czyli że udawał go. Bo czasy to były takie kiedy nawet syn nie znał tak naprawdę poglądów swojego ojca. Bardzo też lubił Rosję i uwielbiał opowiadać o swoich pobytach w rosji. Może nawet bardziej był miłośnikiem rosjii a nie komunizmu. Szczególnie uwielbiał opowiadać o pijackich imprezach jakie odbywały się w rosyjskich kołchozach, na których gdy późno w nocy kończyła się wódka w butelkach, na stołach pojawiały się wiadra z bimbrem. Bimber do szklanek "stakanów" nalewano za pomocą blaszanych pół litrowych garnuszków albo aluminiowych chochli wprost ze stojących na stole wiader. W oczach ojca Gandziaka za każdym razem kiedy opowiadał tą historyjkę -a opowiadał ją wiele razy- nieodmiennie przywoływana przez niego historia wywoływała zachwyt, a w jego oczach pojawił się błysk. Opowiadał też często z podziwem o rosyjskich dozorczyniach, tęgich groźnie wyglądających kobietach z gwizdkami. Generalnie ojca nic nie obchodziło. Ponieważ prawdopodobnie sam nic nie dostawał od starszych będąc dzieckiem ani nie składano mu chyba nigdy życzeń z okazji imienin i urodzin albo dnia dziecka, to sam nie nauczony nie poczuwał się do obowiązku wobec własnych dzieci. Inaczej matka pomimo tego że prawdopodobnie także niczego nie dostawała od starszych, a przynajmniej niewiele bo jej dzieciństwo przypadło na czas wojny, to jednak wykazywała się większą rewolucyjnością w działaniu i chciała to zmienić. autor "Cyberius" Zee Jop strona domowa autora http://eart.cba.pl blog autora http://art-jop.blog.onet.pl