DZIURA W CZASIE fragment trzeci opowiadania

autor Zee Jop „Cyberius”



 


Chłopiec siedział na ławce wpatrując się starym zwyczajem w plamę światła na ścianie chałupy. Słońce zaczynało powoli zachodzić.

Dziwne to były czasy -myślał Wędrowiec jadąc pustą o tej porze dnia drogą. Przeszło dziewięćdziesiąt procent swoich dochodów ludzie musieli oddawać w postaci różnych haraczów rządzym nimi władzom. I jakby tego było mało to w zamian za to nic praktycznie nie dostawali. I na dodatek jakby wszystko działało przeciw nim, jakby zostało tak urządzone żeby szkodzić i niszczyć ludzi. Dajmy na to jeśli jacyś zbóje zgwałcili dziewczynę i jeden z nich przerażony perspektywą spędzenia kilku lat w więzieniu -za co miała oczywiście zapłacić ofiara- udał że chce popełnić samobójstwo to wtedy wszystkie gazety użalały się nad nim i jego biednym losem a prawie nikt nie pamiętał o tym co wtedy czuła ofiara. Władza odebrała ludziom prawie całą przestrzeń ich życia i twardo stała po stronie zła chroniąc go nieustannie z całej siły -tak jak tylko mogła. Epoka ta została później nazwana w historii galaktyki odwróconymi czasami albo czasami zła i bezprawia. Zdenerwował się i ściągnął mocniej lejcami konie. Jak to mozliwe żeby ludzie pozwolili na to. Nie mieli moralności i sami byli chyba źli, pomyślał zirytowany. Bo czemu do tego dopuśclil? Napisałem że wędrowiec jechał ale ażeby prezycyjniej oddać obraz sytuacji powinienem napisać że szedł obok furki ciągniętej przed dwa konie. Nagle zwolnił bo oto zobaczył w oddali poruszające się przed nim dwa małe ciemne punkty. Pewno jakieś zwierzęta albo karły idące na jarmark do Bodzantyna żeby występami zarobić parę denarków. Jakiego było jego zdziwienie kiedy się okazało że to nie są karły ani para wołu która urwała się gospodarzowi idacemu na targ z zaprzęgu i idzie samopas czekając aż gospodarz znajdzie je i uwiąrze do woza z powrotem. Przed nim szło dwóch małych chłopców. Kiedy usłyszeli jego kroki i tętent kopyt końskich zwolnili. - Swastyk z tobą panie -powiedział jeden z nich - Sława i chwała! Swastyk z wami bracziszkowie mili - odpowiedział na pozdrowienie dzieci, nie mogąc uwierzyć własnym oczom - A wy tu skąd? Dodał, z jednej strony zadowolony że widzi małego mądrale i jego młodszego braciszka, z druiej przestraszył się trochę bo skąd tu się wzieli i na dodatek sami bez opieki straszych. Mówił wędrowiec patrząc na dwóch umorusanych braci i zastanawiając się - My z Wilczano na targ do Bodzantyna idziemy. Ceny obaczyć kcemy, porównać i czy co sie przedać opłaci abo i kupić. No no no -pomyślał, a głośno dodał - Wskoczcie na furkę braciszkowie mali do Bodzantyna daleko jeszcze, a konie silne i różnicy nie zauważą nawet. Starszy z braci rezolutny mądrala uśmiechnął się - Kiedy my lubim chodzić, dla zdrowia robimy to - powiedział przysuając się bliżej do wędrowca. Co prawda widać było że są już nieźle zmęczeni i powoli mają swojej dziwnej wycieczki dość, szczególnie zaś młodszy Wilczano który wyglądał na wyczerpanego wędrówką a nawet tochę czymś przestraszonego. Jednak pozwolił im na to aby szli obok niego drogą. Najpierw po prawej zaraz skraju szła para koni ciągnących za sobą wóz, następnie w środku wędrowiec a po lewej para braciszków Starszy Miłość i trzymający go za rękę czteroletni Wilczano Przy lewej nodze Wilczano szedł pies Nie śpieszyli się bo i nie było po co - A co tam u Wróża słychać i u jego żony, mówcie mi bom ciekawy - zapytał w pewnym momencie chłopców wędrowiec - Dobrze wszystko - odpowiedział zgodny chór dwóch głosów. Dalej szli w milczeniu a nad nimi świeciło słońce które szło już w południe. Jedynie po jakimś czasie Wilczano który co chwila zwalniał albo sie potykał i nie dążał za resztą, dał sie namówić na to żeby go wsadzić na furkę i za chwilę już spał oparwszy głowę na worku z sieczką dla konia, zaś do drugiego worka z sianem przytulił się kurcząc nogi i podkładając pod głowę dla wygody prawą rękę. Na jego prawej nodze wspierając o nia głowę spał jego wierny pies. Niedługo potem i Milost dał sie namówić i siedział niedaleko młodszego brata na wspomnianym przed chwilą worku z sieczką z bacikiem w prawej dłoni. I udadając że prowadzi wóz kierując końmi zaspypiał powoli - Hej obudźcie się, Słupia to już! Krzyknął wędrowiec w stronę śpiących na wozie dzieci. Przejechaliśmy Raków, Łagów i zatrzymamy się we Słupi na noc. Nieopodal furki napalili ognisko a wędrowiec puścił konie żeby mogły poskubać swobodnie trawy. Umyli się w położonym niedaleko obozowiska strumieniu. Na kolacje zjedli pieczone jabłka i poszli spać. Zanim zasnęli Milost zapytał wedrowca -czy za Piastami czy za Popielami panie Wędrowcze stoisz? Za Popielami- odpowiedział bez namysłu wędrowiec, po Bożemu żyją i jak nam Sastyk w dawnych czasach przykazał. Tamtym był nie ufał. Uspokojony odpowiedzią wędrowca Miłość ułożył się obok brata i przez chwilę jeszcze zanim zasnął wpatrywał w wydobywające z ogniska języki ognia – W światło lubię patrzeć Wędrowcze, aha zapomniałbym a i baczcie na okolicę co byśmy mogli bezpiecznymi być – dodał zanim zasnął Nie wszyscy więc poszli spać, bo wędrowiec czuwał jeszcze przez jakiś czas i dodawał gałęzi do ognia nadsłuchując uważnie czy nic podejrzanego się nie dzieje. Przykrył także małego Wilczano jakimś płóciennym workiem znalezionym na wozie gdy zrobiło się chłodniej.

- Czyż nie bias to, co z jakiego ogromnego bezdna wyszed aby ludzi porywać i w toń wielką ciągać? szepnął do ucha wędrowca przestraszony Wilczano - Bias albo i nie bias - powiedział głośniej wędrowiec jednak nie na tyle głośno aby obcy mógł usłyszeć to co mówi - Catew z wami - odezwał się chłodnym żeby nie powiedzieć zimnym głosem Obcy z niesłowiańskim akcentem - czy dobrej nowiny nie potrzebujecie? A i z wami catew. Mamy własną wiarę a cudze nam nie potrzebne. Poganie my, cudzego nie bierzemy - odpowiedział obcemu wędrowiec w nieco przesadnie wyszukany sposób, a Wilczano i Milost na potwierdzenie skinęli głowami. Wyminęli szerokim łukiem Obcego i poszli dalej. Wędrowiec po drodze robił wykład braciszkom. Nie to żeby uważał że nie wiedzą ale tak dla przypomnienia - Wędrowcze, czemu pomyśleliście że święta księga zakonu to legendy schizofreników, przecież tam tak nie było napisane. Powiedzcie, świętych ksiąg nie uznajecie? zagadnął Milost wędrowca. Wędrowiec zamyślił się, po czym odpowiedział małemu mądrali - Prawda i tajemnica są w człowieku i w świecie. Potrzeby nie ma chodzić gdzieś w specjalne i tajemne miejsca, w święte gaje dębami otoczone z kamiennymi ołtarzami przez człowieka uczynionymi stojącymi pośrodku polany. A i człowiek w szaty przebrany świętszym sie nie staje. Nie mówię że chodzenie do świętej dąbrowy i nad święte potoki jest złe, mołwie ino że prawda jest tu w tobie i we świecie. Prawdy w sobie szukajcie braciszki bo ona tam jest ukryta. Ale jak kto ma potrzebe chodzić do takich miesc niech chodzi. Ja przeciw nie mam nic, tylko zawsze po naszemu zrozum miły braciszku u nas najpierw wiedza jest a ponad wiedzą doświadczenie jeszcze. Wiedza co z myślenia wypływa i powiązania faktów. Taka jest nasza wiara - Szli obok furki zaprzężonej w dwa konie a Wędrowiec mówił do braciszków. Wcześniej jeszcze zapłacił pilnujacemu furki mężczyźnie kiedy oni chodzili po jarmarku i następnie ruszyli dalej w drogę. Milost i Wilczano pytali go a on odpowiadał im. Kiedy zrobiło się gorąco zatrzymali się na polanie nieopodal gościńca - Gorąc wielka że prawie niemożliwa wprost jest, zatrzymajmy się Wędrowcze aby spocząc - powiedział do wędrowca Milost - a my z Wilczano jagód paziemek i ożyn nazbieramy sobie - Wjechali na polanę, wędrowiec puścił konie i poszedł z chłopcami do lasu. Nie po to żeby zbierać owoce ale żeby pilnować dzieciaków ponieważ nigdy nic nie wiadomo, w gąszczach leśnych szukał też odpowiedniego materiału na łuki dla chłopców. Ponieważ poprzedniego dnia wieczorem zanim poszli spać ćwiczyli walkę na kiję i miecze, ale nietety nie mieli łuków. Ćwiczyli też rano zanim odjechali ze Słupii. Wędrowiec ożywił się, dopuki będą z nim będzie udzielał im lekcji. Po pierwsze postanowił że będą ćwiczyli się w sztukach walki, po drugie będzie nauczał ich o tajemnicy ludzkiego bytu i po trzecie praktycznego życia -od czego przecież powinien chyba zacząć. Kiedy tylko nazbierali wystarczająco dużo ożyn i paziomek zaczęli w zagajniku szukać odpowiedniego materiału na łuki dla bracziszków. Najpierw obejrzeli dokładnie rosnące nieopodal buki i jasiony ale węddrowiec cały czas niezadowolony kręcił głową. Tu korzystając z chwili przerwy jaki sobie zrobili nasi bohaterowie napiszę że wędrowiec postanowił każdą chwilę i sytuację wykorzystać do nauki chłopców -od razu wiedział że łuki uczynione ze zbyt twardego surowca będą nieodpowiednie dla dzieci. W końcu ścięli dwie gałęzie leszczyny jedną większą dla starszego mądrali i drugą mniejszą dla małego Wilczano. Gdy wrócili do furki wędrowiec odciął ze szpuli powrósek i rozczepił na kilka cieńszych włókien aby z nich upleść cięciwa. Łuki dziecięce były gotowe, mogli je więc od razu wypróbować. Kiedy wziął trochę strzał z furki stanęłi obok siebie we trzech i zaczęli strzelać do celu. Wędrowiec wiedział że najlepiej uczyć się poprzez zabawę dlatego wolał żeby chłopcy sami poznawali tajniki sztuki łucznictwa. Tak naprawde to kiedy chłopcy spali we Slupi on poszedł na Łysą Górę i w świetle księżyca wybrał odpowiednie jasionowe gałęzie na łuki dla nich -nie mówił im jednak tego bo i po co. Na wszystko przecież przychodzi odpowiedni czas. A czas ten jeszcze nie przyszedł.

DZIURA W CZASIE fragmnet drugi

lub tu:


Zacisnął prawą pięść a następnie ją rozluźnił, potem to samo zrobił z lewą. Napiął z całej siły mięśnie nóg i także rozluźnił je. Potem jeszcze zacisnął powieki by za pół minuty otworzyć je. Pogłebił i za jakiś zwolnił oddech. Usmiechnął się nadal był panem siebie. Kiedy mu się nie chciało wstać ąby zgłośnić radiofonium zrobił to natychmiast tylko po to żeby przeciwstawić się lenistwu. - No no powiedział pógłosem do siebie - bo nikogo jeszcze w bazie oprócz niego nie było, za wyjątkiem oczywiście mechanicznego blaszanego psa który przyplątał się nie wiadomo kiedy i siedział teraz u jego stóp wpatrując się w jego twarz.

zamek5

Jechał powoli bezludną prawie wiejską drogą poprzetykaną gdzie niegdzie topolami.Rozglądając sie uważnie wokół dopóki nie zobaczył stojącej na obrzeżach miasta chaty wróża. Poznał ją od razu ponieważ stojący przed drzwiami mężczyzna melodyjnym głosem wołał -gata gata komu gata, komu gate koomu- a przez jego umysł przeleciały nagle niewiadomo skąd słowa mantry - gate gate param gate parasam gate bodi soha - Kiedy tylko zobaczył chałupę wróża natychmiast zwolnił, oczywiście tak żeby tego nie zauważył wróż i nie pomyślał że mu bardzo na wizycie u niego zależy. On chciał przecież kupić swoją modlitwę jak najtaniej, żeby nie powiedzieć po naprawdę okazyjnej cenie. Wróż stojący obok swojej chaty rzucił w jego stronę kiedy tylko się zbliżył do domostwa tak że on mógł go zobaczyć - Swastyk z tobą miły bracie. Chwała i sława ci - słysząc słowa wróża skrzywił się, nie lubił kiedy mówiąc o Swarożycu używano tego zdrobnienia. Bo Swastik to przecież jaćwińska albo pruska nazwa naszego wielkiego bóstwa pomyślał. Następnie opanował grymas na twarzy tak aby nie dostrzegł go wróż - Zauważyłem na twojej piersi schowaną swarzycę - powiedział do niego wróż jakby się usprawiedliwiając - My wyznawcy Wielkiego Swarożyca powinniśmy sie szanować - dodał Wróż. Miał taką samą swarzycę koloru jasnej żywej czerwieni dokładniej o barwie karmazynu polskiego ukrytą zaraz nad drzwiami którą zasłaniał kawałkiem małej deski przybitej u góry jednym gwoździem , a niedaleko niej widniała spirala w podobnym kolorze choć bardziej jaśniejszym i przypominającym ciemny pomarańcz niż czerwień. Na głowie miał tradycyjnego gwoździka, a dokładniej związanych rzemieniem pęk cienkich warkoczyków i gwoźdźca starannie uczosanych włosów w kolorze prawie czarnym. Dosyć wysokiego wzrostu był, twarzy długiej bardzo, i mocnej budowy ciała. W ciemnych portkach, kaftanie i skórzanych butach na nogach - Sława i chwała tobie bracie też - powiedział skłaniając się nisko acz z wielką godnością i dostojeństwem w powolnych ruchach podczas czynienia ukłonu - Częda! Dzieczęda, moje małe dziecięda? Hej dziczęda wilczęda gdzie jesteście! - rozległy się wołania wydobywające się przez okno kuźni przylegającej do chaupy wróza. Wróż skrzywił się, nie lubił kiedy mu ktoś wchodził do jego kuźni, ani żona, ani nikt inny no oczywiście poza klijentami którym właśnie wrózył. Jednak nie miał zamiaru wymawiać tego żonie przy obcym tylko głupcy róznią sie ze sobą przy obcych pomyslał a ja taki głuppi nie jestem O nie - Zejdźcie z konia powiedział do przybysza, zjecie razem z nami abowiem wiem po co przybyliście a i wy zmęczeni pewno jesteście abo pędziliście brzo przez bezdeń i dzikie cierniny. Pęziliścieście przez drzągwie nieprzebyte czremchami i dzikimi trzesniami poraśnięte i wielkie gęszca leśne a i mówią że biasa tam niejednego nocą można by na drodze nawet czasami spotkać Mogę wam także wykuć magiczny miecz jeśli chcecie od pełni do pełni przez okrągły miesiąc - dodał zmieniając temat i spoglądając uważnie w stronę przybysza gdy obcy schodził już ze swojego konia - Dniek niby miły, a i Chmurnik czyli Płanetnik na żadnym obłoku ponad nami nie siedzi i dopierwo południe jest - powiedział, na co wróż odparł usmiechając sie do niego - Dnies ładny no otwórzcie oddrzwia i wchodźcie do dworajny a ja konia waszego przywiążę. Dwa razy prosić się nie dajcie - dodał głośniej - Decka! K'gdzie jesteś deecc! choć tu - wołała przez okienko kuźni nie zrażona złością męża -żona wróża. Tymczasem przybysz wszedł do środka rozglądając się przy tym uważnie. W kuchni -co zauważył- na półkach w równych rzędach stały połyskujące w świetle palącego się na palenisku ognia mosiężne i miedziane naczynia: stągwie, cebrzyki, sporej wielkości biudy wypełnione młodym dojrzewającym dopiero brogiem, i porozstawiane na ziemi gliniane garczki a w samym kącie wypełniony prawie do połowy stał pękaty mlost i duże gliniane gustownie pomalowane czbany -zapewne z dojrzewającym młodym winem. Oczywiście na wszystkich scianach w kuchni wisiały pęki suszących sie ziół. Na drewnianym uczynionym z grubych dębowych desek stole leżały porozrzucane niby w nieładzie na drewnianych talerzach brokwie i zaraz niedaleko nich brzoskwie a właściwie to małe dojrzewające dopiero brzoskiewki i wczesnej odmiany żółtawe jabłka, a obok kiście zielonkawego jeszcze o tej porze roku groździa. Niedaleko nich stał mały cerbek i nieco dalej dwa większe dosyć zgrabne dzerki a za stołem jakby troche schowany -zapewne nieużywany bo uszkodzony- osmolony stary mosiężny kocieł. Na ubitym glinianym klepisku pośród drobinek kurzu leżały kłąbki szadych tlakow należące wcześniej do jakiegoś domowego zwierzęcia -psa albo kota - Moc niechaj nie opuszcza was - zaczął - I z tobą moc i chwała też - odpowiedział wędrowiec na pozdrowienie chłopca - Abo sprawe do nas jaką macie abo przejeżdzaliście tylko. Azaliż rację mam? Czy też nie - zapytał filozoficznie dzieciak którego wcześniej nie zauważył w pólmroku pomieszczenia - sprawę to może nie - zbył dzieciaka - wędrowiec delkiatnie kopiąc butem leżące na podłodze zfilcowane kłębki włosów - Tak, kota to - powiedział chłopiec zmieniając temat rozmowy i patrząc w jego stronę - cie, on jest trochę chwory - mówił to trzymając kotka na rękach i powoli zbiżając się do wędrowca, jednocześnie delikatnie głaszcząc kota.

Nie wiedział ile czasu minęło. Usiadł tylko na chwilę podpierając się o ścianę i od razu ze zmęczenia zasnął. Na pewno zbliżali się już do bazy zakładając że mieli ze sobą czujniki wykrywające, ale wiedział że ten sen musi dośnić do końca i w końcu dowiedzieć się co chce mu powiedzieć układacz modlitw. Po chwili zasnął więc aby dalej śnić - A i po drodze - mówił chłopiec trzymając dalej w rękach kota - grobie tak wielkie zwierząt jest, wiela buja bówołu, gów i jaznów, jazów znaczy to, i niejedna mierlina w mierwwi wielkiej niby topiel do tej pory zalega od miesięcy całych albo i lat a dalej ciągnie się straszna młokiew nieprzebyta. Tak straszliwa że i ludzka młwa juże tego nie ogranie - powiedział chcąc zapewne zrobić wielkie wrażenie na gościu - po chwili przerwy jakby namyślając się mówił dalej - Tam okropna tam drzągiew i głusza nieprzebyta że i strach ić było by mi - skończył nieśmiało uśmiechając się - Wy tu czakacie a ja łażę przed domem, wybaczcie mi proszę zanim przyjdzie nam cząć usiąźcie proszę do posiłku z nami ja nie mogę dzisej nastatczyć - powiedział wróż który w międzyczasie zdążył wejść do izby i pokazał mu ręką miejsce na rzeżbione krzesło aby usiadł - Dziękuje dzialo, niechaj wam błogini wynagrodzi wielką radością zmysłów waszych Dla mnie może jedynie dacie krechte krucha i kropie wody - zaczął - Ja wam piwa dam - powiedział szybko chłopiec nalewając mu wody z wiadra stojącego w sieni do dużego, na oko pól litrowego naczynia Wziął od chłopca wodę dziękując mu i wypił ją szybko, nie pamiętał kiedy ostani miał coś w ustach. Następnie usiadł na rzeżbionym krześle próbując rozzuć sobie nieco i poluźnić buty których chyba nie zdejmował przez trzy dni. - Buj nuj wzój zzuj i tak wkół to i tamto - powiedział wróż gdy przybysz rozluźniał rzemienie i guzy przy swoich butach, następnie rozpiął przepiękne metalowe srebrne guzy z mosiążnymi obwódkami po obrzerzach na swoim skorzanym kaftanie. My tu w portkach i kaftanach chodzimy -pomyślal- a nie w szatach jako ludzie południa. My partki i długie włosy jako prawdzwi poganie nosimy, godni ziemi po której chodzimy i na której przyszło nam żyć. Jak tylko uporał się ze swoimi butami i kamizelką spostrzegł podnosząc opuszczoną głowę że w izbie przybyła jeszcze dwójka dzieci. Opierały się teraz o krawędź stołu i wpatrywały w niego. Dziewczynka najstarsza z nich i mały chłopczyk w wieku około czterech lat trzymający się kurczowo siostrzyczki. Więc usiedli z wróżem przy stole i zaczęli między sobą rozmawiać. Rozmawiali długo a rozmowie przysłuchiwała się żona wróża i jego dzieci. Rozmawiali cicho ponieważ - Zakon Mocy Psychicznych który rozpanoszył się na naszych ziemiach niby chwast, miał wszędzie swoich szpiegów - jak wyraził się wróż. Obudził się znowu wstał i wyjrzał przez luki na zewnątrz. Potem spojrzał na czujniki, nie było ich jeszcze, nie było jednak także nikogo z grupy wyrzutków. Ponieważ czujniki żadnej istoty żywej nie rejestrowały, a baterię doładował dla pewności niedawno. Usiadł na ławce znów, lecz po chwili namysłu wstał pogrzebał po skali potencjometru i znalazł sympatyczną muzykę jakiś ziemiański stary przebój z początków dwudziestego pierwszego wieku. Usiadł na ławie i rozmarzył się. Jednak znowu zaczęła ograrniać go senność. Nie spał przecież od kilku dni, pomijając te kilka chwil drzemki podczas których śnił spotkanie z wróżem, specjalistą od układania modlitw.

Tym razem znalazł się w okolicach gór swiętokrzyskich. Jechał w stronę wiejskiej zrobionej z grubych bali chaty obok której stała małych rozmiarów kuźnica. - Zedźta z kunia panocku i wchodźta do chałupy. Zjeta z nami a i piwa se wypijeta bośta widze spragnieni som i to barzo - powiedziała ubrana w pasiasty strój kobieta zapierając, hm zamykając za nimi drzwi kiedy wchodzili do środka - Wchodząc do chaty obrócił nieco głowę w lewo za siebie i spojrzał jeszcze w stronę najwyższej góry. Na jej szczycie zauważył kamienne centrum kultowe i palący się wieczny ogien. Z ciemnej sieni do izby było niedaleko, nie więcej niż metr - dopirwo dniek skończyłam wasze partki robić a z mojego dziadygi straszna oferma i ciapa panie jest i nie pomoze w nicym ino se koło pieca śpi i a to kociube bez sen kopnie a to wiedra abo mietłe wywróci a na swoim miescu potem nie postawi - mówiła podnosząc jakieś leżące na glinianym klepisku tuż zaraz koło nalepy przedmioty, a to łopatę do wyciąganiia chleba z pieca a to miotłę - siędżcie se wygodniej wam bedzie bo przed wami droga jesce daleka najpierw bez gościniec pojedzieta se na Sydłów i dalej do Stradowa tam na noc się musita zatrzymać bo po nocy to jechać i strach - mówiąc nalała mężczyźnie piwa do glinianego naczynia i podała mu - Niech Błogini radością zmysłów wynagrodzi wam A i Swastyk niech przychylny wam będzie - powiedział dziękując kobiecie za naczynie z wodą. Kobieta cały czas mówiła a raczej gderała i zrzędziła bardziej do siebie niż do niego W Stradowie miał spotkać się z pewnym człowiekiem który przekaże mu zaszyfrowane informacje a następnie pojedzie dalej po transport mieczy i kusz. Powstanie przeciw Zakonowi Mocy Psychicznych miało ogarnąć przecież cały kraj i on wiedział że nie może zawieść czekających na niego ludzi. Chodzi o wolność ludzką. Transport broni miał dojechać aż do Wisły a następnie drogą rzeczną dotrzeć do punktu przeznaczenia. Czyli ze Stradowa miał dojechać do Isilzy odbierając w okolicach Bodzantyna i wspomnianej przed chwilą Isilzy następne transporty broni. I potem do Kłódzia a dalej już Wisłą przez Toruń aż do Rajgrodu i okolic Truso. Wolał też uważać na siebie bo tu na szczęście ludzie żyli jak Swarożyc przykazał, ale szpiegów zakonu na pewno nie brakowało.

zamek9



Chłopiec siedział na ławce wpatrując się starym zwyczajem w plamę światła na ścianie chałupy.



DZIURA W CZASIE fragment pierwszy


blog autora http://art-jop.blog.onet.pl/

strona nowości